Dodatki  „E” rujnują nasze zdrowie?

To, że warto czytać etykiety produktów żywnościowych nie ulega żadnej wątpliwości. Często bowiem owe produkty w istocie są czymś zupełnie innym niż nam się wydaje. I tak przykładowo: jogurt w wersji „light” może być bardziej tuczący niż odpowiednik nieoznaczony takim opisem, „parówki cielęce” mogą praktycznie nie zawierać cielęciny a „herbatka malinowa”, może składać się jedynie z hibiskusa i aromatów… W praktyce jednak często lektura opisów może być kłopotliwa.

Przeczytaj koniecznie:

Czy ryby są zdrowe?

Wiele kontrowersji związanych jest ze stosowaniem przez producentów chemicznych dodatków spożywczych oznaczanych literą „E” i trzycyfrowym numerem. W przekonaniu większości konsumentów są to dodatki toksyczne, a zgodnie z opinią Komitetu Naukowego Technologii Żywności Unii Europejskiej – wszystkie dopuszczone substancje są w 100% bezpieczne. Jak więc jest w istocie? Czy powinniśmy obawiać się produktów w których owe dodatki występują? W niniejszym artykule postaram się rozwikłać ten dylemat.

Zgodnie z obowiązującymi zasadami wszelkie chemiczne dodatki do żywności mogą być stosowane w przemyśle spożywczym wtedy, gdy z punktu widzenia technologicznego zachodzi konieczność ich użycia, a dodanie ich do produktu nie stanowi zagrożenia zdrowotnego dla konsumenta. W praktyce jednak można byłoby się spierać czy stosowanie tych substancji jest zawsze konieczne i… bezpieczne. Z pewnością produkty, które składają się głównie z „E” nie powinny stanowić podstawy naszego menu, zwłaszcza że jak się okazuje ilość pochłanianych przez nas w ciągu roku substancji dodatkowych liczyć można w kilogramach! Sam fakt obecności „E” w produkcie żywnościowym nie przesądza jednak o jego żywieniowej wartości.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że lista chemicznych dodatków do żywności jest bardzo długa i znajdują się na niej zarówno substancje dość kontrowersyjne i raczej niepożądane z punktu widzenia ich potencjalnego wpływu na nasz organizm, takie jak choćby niektóre konserwanty, czy zupełnie niegroźne zagęszczacze takie jak celulozy, a i nawet związki korzystnie wpływające na organizm jak askorbiniany (witamina C), czy tokoferole (witamina E),  kryjąca się pod symbole mami E300 – E309. Jak więc widać niektóre „E” nie są takie straszne jak mogłoby się wydawać. Czy więc należy bać się żywności z „chemicznymi dodatkami”?

Choć paniczny lęk przez artykułami zawierającymi związek oznaczony symbolem „E” na etykiecie jest nieuzasadniony, to z żywieniowego punktu widzenia w zdecydowanej większości przypadków lepiej syntetycznych dodatków unikać lub przynajmniej – ograniczać ich spożycie. Podstawą zdrowego menu powinna być niskoprzetworzona żywność, która z natury nie wymaga takiego „wzbogacania”.