Nie da się ukryć, że sport, sposób odżywiania i zdrowie zyskały na popularności w społeczeństwie. W jednym środowisku bardziej, w drugim mniej, jednak tendencja jest zdecydowanie wzrostowa. Biegamy, chodzimy na siłownię, zajęcia fitness, tańce. Szykujemy się do zawodów biegowych, sylwetkowych, biegów z przeszkodami. Czytamy etykiety opakowań produktów spożywczych, interesujemy się składem i wartościami odżywczymi, częściej też w naszych koszykach lądują popularne w ostatnich czasach tzw. superfoods, czyli naturalne produkty o wielu cennych dla organizmu właściwościach.

Częściej się badamy i przyglądamy temu, jaki tryb życia prowadzimy i jak on może wpływać na zdrowie oraz samopoczucie.

Wszystko to bardzo ładnie brzmi i wydawałoby się, że idziemy w dobrym kierunku. Pomimo tego nadal widać jak wiele osób powiela dawno już obalone mity.

Największy problem to chyba brak cierpliwości połączony z niezrozumieniem (bądź brakiem akceptacji) fizjologii organizmu. Przykład - młoda, dość szczupła kobieta, której bliżej do tzw. skinny fat z racji tego, że wizerunkowo jest szczupła, ale ma sporo tkanki tłuszczowej, przez co ciało jest mniej sprężyste, mniej estetyczne, a jego miękkość daje sygnał świadomości „muszę schudnąć”. Dodatkowo kobieta ta chciałaby mieć mięśnie, niekoniecznie tak widoczne jak u zawodniczki sportów sylwetkowych czy cross fit, ale jak to zwykle się mówi „lekki zarys mięśni”.

Tu już się pojawia mały konflikt - redukcja tkanki tłuszczowej vs budowa mięśni. Właściwie częściej słyszymy o „rzeźbie mięśni”. Pytanie tylko w czym rzeźbić, skoro skład ciała wskazuje, że tkanki mięśniowej jest bardzo mało, więc redukując tkankę tłuszczową uzyskamy wychudzoną i nadal nieestetyczną sylwetkę.

Oczywiście da się jednocześnie budować mięśnie (bez nadmiernego rozrostu) i redukować tkankę tłuszczową. Jednakże słowo „jednocześnie” bardziej należałoby tu potraktować z perspektywy dłuższego okresu czasu, trwającego min. kilka miesięcy, aniżeli ledwie paru tygodni, po których wskakując na „wszystkowiedzącą” wagę zobaczymy nagle kilka kilogramów mięśni więcej i kilka tłuszczu w dół. Tak to nie działa… Mówiąc „jednocześnie” mamy tu na myśli okres czasu, w którym tkanka mięśniowa spokojnie się rozwija - otrzymuje bodźce treningowe, pokarm i ma wystarczająco dużo czasu na regenerację. Kiedy mięśnie nabierają swojej objętości potrzebują wówczas więcej energii, aby wykonać swoją pracę (zarówno treningową jak i codzienną). Dając ciału coraz mocniejsze bodźce treningowe dodatkowo potęgujemy zużycie energetyczne, a co za tym idzie (pod warunkiem utrzymania diety, ale o tym za chwilę) zaczynamy uruchamiać procesy spalania tkanki tłuszczowej. Zmiany te są wolne, ale za to bardziej trwałe i przede wszystkim zdrowsze dla naszego organizmu.

Odnośnie diety istotne jest to, aby dbać przede wszystkim o jakość pożywienia i żeby organizm dostawał odpowiednie witaminy i minerały. Najprostszą metodą, przynajmniej na początek, jest wyeliminowanie przetworzonej żywności, unikanie gotowców i dań z barów szybkiej obsługi, eliminacja cukru oraz komponowanie zbilansowanych posiłków. Każdy z nich powinien zawierać węglowodany, białko i tłuszcze, wszystko z jak najlepszych źródeł. Aby zadbać o dostarczanie witamin i minerałów należy te posiłki zmieniać. Jednego dnia ryż, innego kasza czy ziemniaki, jednego dnia chude mięso z dodatkiem tłuszczów roślinnych, innego bardziej tłuste lub tłusta ryba itp. W każdym posiłku powinny się znajdować warzywa i nie zapominajmy też o owocach, zwłaszcza sezonowych.

Trochę potrwa zanim się nauczymy komponować dietę, bo zwykle mamy własne przyzwyczajenia i wydaje się nam, że przecież bez kanapki z dżemem na śniadanie nie da się rozpocząć dnia, a tak naprawdę wszystko się da, wystarczy tylko otworzyć się na zmiany i przyjąć je z pozytywnym nastawieniem. Zdrowa dieta jest naprawdę bardzo smaczna i jak się człowiek wdroży, to wcale nie musi być ani kosztowna, ani czasochłonna, ani też kłopotliwa dla reszty rodziny. I ponownie ważna sprawa - potrzebna jest cierpliwość i sumienność.

Wcześniej wspomniana kobieta na start zwykle wybiera kaloryczność znacznie poniżej swojego bilansu zerowego, bo przecież trzeba szybko schudnąć. Może ćwiczyć siłowo, żeby zbudować mięśnie, ale jeść więcej - o nie! Tylko jak mięśnie mają zrobić progresję skoro nie dostają paliwa? Jak ma się rozwinąć i rozbudować nasza „fabryka do spalania tłuszczu” skoro nie dostaje energii? Od lat nastoletnich wiele kobiet eksperymentuje z dietami cud, monodietami itp. W głowach mamy zakorzenione, że dieta ma być męcząca, uboga w kalorie i najlepiej bez węglowodanów i bez tłuszczu. Ile na takiej diecie człowiek wytrzyma? Tydzień? Dwa? Fakt, zależy to od determinacji, tylko pytanie czy będą w ogóle jakieś efekty? Ale nie te po tygodniu stosowania drakońskiej diety, gdzie schodzi z naszego ciała woda (stąd ubytek na wadze), ale po kilku miesiącach lub jeszcze później. Zwykle kończy się to tzw. efektem jojo. Oczywiście nie zawsze, ale jest to jeden z częściej obserwowanych skutków nieodpowiedniej diety. Rozwiązaniem jest spokojne uporządkowanie diety, popracowanie nad rozkręceniem metabolizmu i odpowiednie sterowanie później kalorycznością i treningiem, aby znaleźć swój własny sposób i rytm prowadzący do osiągnięcia celu. To wymaga czasu, trzeba poznać swój organizm. Droga na skróty to nie najlepszy wybór. Mówiąc „chcę szybko schudnąć” i przyjmując skrajnie ubogą dietę, to tak jakbyśmy powiedzieli „chcę szybko zdobyć dużo pieniędzy, ale nie chcę pracować”.

Realizacja celów wymaga z naszej strony trochę poświęcenia, czasu, cierpliwości. Nie da się szybko dokonać wielkich i trwałych zmian. Osiąganie efektów działa na nas motywacyjnie, więc najlepszym sposobem jest wyznaczanie sobie drobnych krótkoterminowych celów, które osiągać będziemy dużo szybciej niż jeden duży. Doda nam to z pewnością energii i motywacji do dalszej pracy.