Początkowo na siłownie przychodziłam na siłownie dwa razy w tygodniu - zawsze niechętnie i zawsze ze ściśniętym gardłem. Mobilizowałam się mądrościami typu: "chcesz być piękna - musisz cierpieć" i "wszelkie piękno rodzi się w bólu". Muszę jednak przyznać, że kluczowe znaczenie miało podejście instruktora do mojej skromnej osoby.

Całkiem sympatyczny facet i chociaż umięśniony to wcale nie taki głupi... Początkowo "oswajałam się" ze sprzętem, uczyłam się techniki, oddechu i czasem trochę kręciłam nosem, kiedy musiałam ćwiczyć np. tricepsy. Nie rozumiałam po co zajmować się tą częścią ciała, która w zasadzie wygląda całkiem nieźle. Wydawało mi się, że powinnam się skoncentrować na swoich mankamentach - czyli tzw. oponce i wysiedzianym tyłku, a ćwiczenie całego ciała to po prostu strata czasu. Co ważne mój trener nie zajeżdżał mnie - stopniowo zwiększał intensywność treningów zmieniając kombinację ćwiczeń. Owszem - niejednokrotnie czułam zakwasy, ale z czasem doszło do tego, że je polubiłam (!!!).

Poczytałam też co nieco o odżywianiu - kolorowe gazety i marketingowe cuda poszły w odstawkę, włączyłam natomiast zdrowy rozsądek i trochę "wsłuchałam się" w swoje ciało. Aha i obiecałam sobie, że już nigdy nie będę się głodzić i nigdy nie zostanę niewolnikiem wagi - trzeba szanować swój organizm i jednocześnie nie dać się zwariować. Ograniczyłam słodycze do minimum, jednak nigdy nie dam sobie wmówić, że czekoladowy batonik w chwili wyjątkowego kryzysu zniweczy wszelkie moje wysiłki związane z dążeniem do figury idealnej. Z czasem zaczęłam częściej odwiedzać siłownie - nauczyłam się nawet robić przysiady i biegać na bieżni bez trzymania się poręczy (!). Solidnie ćwiczyłam nogi, plecy, klatkę piersiową, bicepsy, tricepsy i inne mięśnie, których nazw nawet nie pamiętam. Oczywiście pod okiem trenera -jednak z czasem coraz mniej czujnym. Pierwsze zmiany w sylwetce zauważyłam chyba szybciej niż się tak naprawdę pojawiły ;-). Z uporem maniaka gapiłam się w lustra i sprawdzałam czy walka z grawitacją nie jest przypadkiem podobna do walki z wiatrakami. I cóż się okazało? Dość szybko, bo kilku tygodniach zarówno dół ciała, jak i góra wyglądały korzystniej. Kluczowe miejsca, czyli tyłek i biust, jakby się podniosły (wbrew grawitacji!) , zarys sylwetki odmłodniał - ramiona nie były już takie przykurczone, a na brzuchu choć ciągle przykrytym warstwą izolacyjną z tkanki tłuszczowej - dało się wyczuć mięśnie.

Bonusowo otrzymałam także lepsze samopoczucie - nic tak nie oczyszcza z umysłu z ponurych myśli jak odrobina wysiłku fizycznego. Paradoksalnie aktywność dodaje też energii i poprawia motywację do zmagania się z przeciwnościami dnia codziennego. Tak oto całkiem niewinnie zaczęła się moja przygoda z siłownią. W ciągu dwóch lat przebudowałam swoje ciało - pozbyłam się zbędnej tkanki tłuszczowej, nabrałam wymarzonej sprężystości i gibkości. I mimo intensywnej aktywności nie mam wcale plerów (i klatki ) jak młody Arnold Szwarzeneger. Jestem szczęśliwa, bo pozbyłam się kompleksów, z którymi walczyłam całe życie. A pan Tadeusz śmieje się czasem pod nosem, kiedy słyszy jak na pytania typu: po co ty ćwiczysz, przecież jesteś szczupła?, odpowiadam: "bo lubię..."

Reasumując: dziewczyny ruszajcie na siłownie w poszukiwaniu wymarzonych sylwetek! Wierzcie mi na słowo: determinacja w dążeniu do celu i odrobina wysiłku naprawdę się opłacają.