Informacje o kaloryczności produktów zawarte na etykietach nie wystarczą!

Chociaż od lat prowadzone są intensywne kampanie mające na celu szerzenie wiedzy dotyczącej zasad zdrowego odżywiania, to konsumenci nadal nie wiedzą jak odróżniać produkty wskazane od niepożądanych. Co więcej, w praktyce większość osób tak naprawdę nie wie czy pozwalając sobie na dodatkowe 200 lub 400kcal w postaci lodów czy czekolady faktycznie wyrządza sobie krzywdę, bo nie wie z jakim wysiłkiem wiąże się spalenie takiej dawki energii. Okazuje się jednak, że jest prosty sposób by sobie z tym problemem poradzić.

Przeczytaj koniecznie:

Light, Bio, Activ, Eco -uważnie czytaj etykiety!!!

300 kcal czyli ile?

Badania przeprowadzone przez grupę naukowców pod przewodnictwem Dr  Shah z Texas Chistian University wskazały, że uświadomienie konsumentów w kwestii tego z jak dużym wysiłkiem wiąże się spalenie dostarczanej przy pomocy hamburgerów, frytek i coli energii, skutkuje spożywaniem mniejszych ich porcji przez konsumentów. Dane muszą być jednak czytelne. Sam zapis cyfrowy wartości energetycznej nie jest niestety zbyt komunikatywny, zestawienia z czasem trwania wybranego rodzaju aktywności fizycznej niezbędnej do spalenia spożytej dawki energii okazują się trafiać do wyobraźni, skutecznie hamując apetyt.

1 hamburger, czyli godzina biegu

Warto więc by informacje zawarte na etykietach produktów żywnościowych zawierały także dane na temat tego jak długo potrzeba spacerować, biegać lub wykonywać inną wybraną czynność, by spalić dostarczoną w porcji dawkę energii. Prawdopodobnie informacja ta miałaby o wiele większą wartość praktyczną niż suche dane liczbowe dotyczące kaloryczności, która dla wielu osób jest po prostu abstrakcją. Chociaż kaloryczność nie jest oczywiście jedynym wskaźnikiem rankingowym pozwalającym ocenić jakość produktu, to umiejętne jej przedstawienie może potencjalnie skłonić do pewnej wstrzemięźliwości w jedzeniu.

Perspektywy

Pomysł dotyczący wprowadzenie takich informacji na etykiety produktów oraz – uwaga – do menu w punktach gastronomicznych spotkał się z dużym zainteresowaniem w światowej stolicy nadwagi i otyłości, czyli w USA. Czy w krajach europejskich również możemy liczyć na podobne oznaczenia? Trudno powiedzieć. Być może jeśli w Stanach Zjednoczonych powstaną nowe regulacje prawne dotyczące tego zagadnienia, pomysł przyjmie się również w Europie. Dane dotyczące wartości energetycznej produktów żywnościowych powinny być przecież jasne i czytelne, tak by osoby nie interesujące się dietetyką umiały je zinterpretować i wyciągnąć odpowiednie wnioski…