Fast food vs. slow food

Współczesne realia sprawiły, że nauczyliśmy się żyć w ciągłym pośpiechu. Pracujemy po kilkanaście godzin na dobę, a większość codziennych czynności wykonujemy w biegu i w stresie, kładziemy się późno, wstajemy wcześnie, jedzenie zamawiamy „na wynos”… Wspólny, domowy obiad z rodziną czy kolacja zjedzona z przyjaciółmi – to święto przypadające kilka razy do roku.

Przeczytaj koniecznie:

Co jeść w barze szybkiej obsługi?

Dzisiaj króluje „fast food”, który w praktyce oznacza, że zamiast celebrować posiłki, akt spożywania pokarmu sprowadzamy do bezrefleksyjnego zaspokajania fizjologicznej potrzeby jedzenia, zadowalając się smakiem pizzy, coli i hamburgera. Wydaje Ci się, że Ciebie ten problem nie dotyczy, bo nie jadasz w pizzeriach i barach szybkiej obsługi? Możliwe, że jesteś w błędzie.

Ponieważ na co dzień jako dietetyk współpracuję z osobami aktywnymi fizycznie, mam pewne doświadczenia związane z ich preferencjami żywieniowymi. Bardzo często zdarza się, że moi klienci kręcą nosem jeśli widzą, że przygotowanie jakiegoś posiłku wymaga większych nakładów czasowych niż 5 – 10 minut. Przykładowo dla mężczyzn trenujących na siłowni zazwyczaj szczytem poświęcenia jest ugotowanie ryżu i piersi z kurczaka. Umycie i pokrojenie warzyw? Zrobienie sałatki? Po co, przecież tam nie ma białka… To, że danie jest jałowe i niesmaczne nie ma dla wielu osób znaczenia, liczy się ilość kalorii oraz zawartość protein, węglowodanów i tłuszczów…

Tylko, że serwując sobie na okrągło i zjadając w pośpiechu pierś z kurczaka z ryżem wpisujemy się w nurt „fast food”. Pochłaniamy bowiem ciągle te same, ubogie w niezbędne składniki odżywcze potrawy, pozbawiając się nie tylko odpowiedniej dawki witamin, składników mineralnych, błonnika i polifenoli, ale także przyjemności, którą daje jedzenie. Warto pamiętać, że kwestia smakowitości posiłków jest niezwykle istotna. Sekrecja niektórych hormonów biorących udział w gospodarce energetycznej oraz enzymów odpowiedzialnych za trawienie związana jest z reakcją na bodziec w postaci wyglądu, zapachu i smaku potrawy (to, że aspekty te wyraźnie oddziałują na nasz organizm łatwo zaobserwować: każdy z nas doświadczał charakterystycznego uczucia w żołądku w odpowiedzi na woń np. pieczonego mięsa czy widok ulubionego deseru).

Oczywiście mam świadomość, że nikt nie rzuci pracy, szkoły czy innych obowiązków po to tylko, by cały dzień spędzać w kuchni tudzież by celebrować godzinami posiłki, wyprawiając przyjęcia i organizując regularne uczty i biesiady. W żadnym wypadku do tego nie namawiam. Myślę jednak, że warto zastanowić się trochę nad tym, co można zrobić by ulepszyć swoją dietę. Może zamiast zjadania sześciu jałowych posiłków w ciągu dnia warto zjeść cztery, ale poświęcić im więcej uwagi dorzucając sałatkę z sosem winegret? Może zamiast wyprawy do marketu przepełnionego „chińszczyzną” warto poszukać regionalnych producentów, mających w ofercie produkty otrzymywane tradycyjnymi metodami, bez użycia konserwantów? Może warto zainteresować się żywnością ekologiczną?

Przede wszystkim jednak należy zmienić sposób postrzegania żywności. Jedzenie to nie tylko kalorie czy też białko, węglowodany i tłuszcz. Jedzenie to bogactwo wielu innych składników, a także źródło przyjemności, której nie warto sobie odmawiać.