Tauryna, glicyna - czyli jak producenci zwiększają ilość białka w białku?

Co bardziej spostrzegawczy zjadacze odżywek zauważyli zapewne, że w ostatnim czasie pojawiła się moda na „wzmacnianie” preparatów białkowych dodatkami takimi jak tauryna, kreatyna czy glicyna. Chociaż producenci dbają o to, by zabieg ten miał solidne uzasadnienie merytoryczne, opisując starannie korzyści wynikające z zastosowania anabolicznych i antykatabolicznych dodatków, to jednak pewne argumenty wskazują raczej na istnienie drugiego dna takich praktyk i wyraźnie studzą entuzjazm.

Przeczytaj koniecznie:

Serwatka w proszku a białko serwatkowe-nie pomyl tego!

Podstawową rolą odżywek proteinowych jest dostarczenie odpowiedniej dawki białka. Stąd też jednym z istotnych aspektów, na które powinniśmy zwracać uwagę podczas zakupu takiego preparatu jest całkowita zawartość tego składnika w produkcie. Owszem, ważne są także czynniki takie jak cena, smak czy wreszcie rodzaj surowca, ale chyba wszyscy się zgodzą, że sumaryczna zawartość protein jest kwestią nie do pominięcia. Warto wiedzieć, że procentowy udział białka w produkcie określa się korzystając z metody Kjeldahla, pozwalającej oznaczyć ilość ogólnego azotu, który dopiero przy pomocy specjalnego wzoru przeliczany jest na ilość białka.

Przedstawiony powyżej sposób ma swoje walory, jest bowiem stosunkowo prosty, jego wadą jednak jest podatność na zafałszowania. Do dość intrygujących konsekwencji może doprowadzić obecność składników takich jak tauryna czy kreatyna. Przykładowo posługując się metodą Kjeldahla dla oznaczenia zawartości białka w 75% koncentracie serwatkowym otrzymamy wynik – 75%. Jednakże gdybyśmy chcieli zbadać tą samą metodą ilość białka w preparacie składającym się w 75% z kreatyny, okazałoby się że białka mamy tam niemal 130%! Skąd ten wynik? Proste – kreatyna dostarcza więcej azotu ogólnego, który przeliczany jest na ilość białka wg wzoru.

Jak więc widać, dodając składniki takie jak kreatyna do odżywki proteinowej łatwo możemy uzyskać wyższą zawartość białka.

Co więcej kreatyna jest tańszym surowcem niż białko pochodzenia zwierzęcego, tak więc zysk z uwzględnienia w jej recepturze jest podwójny (mniejsza ilość droższego surowca + wyższa zawartośc białka na etykiecie). Co więcej z efektów suplementacji zadowoleni mogą być także klienci, oto białko (50%) wzmocnione kreatyną (10%) „działa” przecież „mocniej” niż najczystszy nawet izolat czy hydrolizat serwatkowy.

Podsumowanie

Na upartego można stwierdzić, że summa summarum wszystko jest OK., ilość białka teoretycznie bowiem się zgadza, a jednak ogólne wrażenie psuje pewien niesmak, który czuć jeszcze długo po konsumpcji takiego preparatu i trudno jednoznacznie stwierdzić, czy odpowiada za niego tauryna, glicyna, kreatyna czy może sama idea przyświecająca wypuszczeniu na rynek takiego produktu…