Fenomen „proprietary blend”

Chcąc kupić suplement diety warto oczywiście zwrócić uwagę nie tylko na jego przeznaczenie, cenę i wielkość opakowania ale także na skład. W końcu przecież to od rodzaju użytych składników oraz przede wszystkim od ich dawek uzależniony jest wpływ danego środka na organizm. Niestety producenci często uniemożliwiają nam obiektywną analizę danego środka umieszczając na opakowaniu informację dotyczącą składu surowcowego w postaci zapisu zwanego „proprietary blend” (mieszanka zastrzeżona). Warto spróbować się zastanowić skąd pomysł na takie rozwiązanie i przy okazji się zastanowić, czy suplementy opatrzone taką formuła są w ogóle godne uwagi.

Przeczytaj koniecznie:

Te suplementy zabierz na bezludną wyspę.

Po co komu „zastrzeżone mieszanki”?

Producenci suplementów diety najczęściej tłumaczą, że receptury jakie udało im się stworzyć są na tyle wyjątkowe, że trzeba je "chronić" przed konkurencją. Takie stwierdzenie może i na pierwszy rzut oka wydaje się przekonujące, ale de facto jest przejawem co najwyżej niezbyt zaawansowanej dyplomacji. W praktyce bowiem często zdarza się, że niektórzy producenci „proprietary blend” umieszczają na większości oferowanych przez siebie środków. Czyżby więc dysponowali całą serią przełomowych produktów? Cóż jest to wątpliwe, jak bowiem przyjrzymy się uważnie etykiecie to zauważymy, że lista składników jest tam wymieniona (taki jest wymóg prawny), ukryte są jedynie ich dawki. Tak więc ewentualna unikalność i wysoka skuteczność owych środków musiałby wynikać z użytych dawek, albo raczej proporcji pomiędzy zawartymi tam związkami co w świetle dostępnej wiedzy jest bardzo mało prawdopodobne. Poza tym wymaga od nas dużego kredytu zaufania względem tego, iż to nie jest jedynie zabieg marketingowy, albo… No właśnie, motywacja do umieszczenia listy składników w postaci „mieszanki zastrzeżonej” może być nie tylko wynikiem chęci stworzenia wrażenia „wyższości”. W grę wchodzą jeszcze inne wytłumaczenia.

Nieczyste sumienie

Producenci suplementów jak wiadomo kierują się chęcią zysku. Nie ma w tym niczego złego, w końcu przecież nie prowadzą fundacji charytatywnych, a chcą pomnażać swój kapitał. Takie są realia współczesnego rynku. Problem polega na tym, że niekiedy producenci chcą po prostu oszczędzić. Najlepszym sposobem na to jest zmniejszenie zawartości droższych surowców na rzecz zwiększenia udziału tańszych. W ten o to sposób można np. w danym środku dać jedynie śladowe ilości drogiej astaksantyny, a wypełnić go tanią witaminą C, nie podać dokładnej zawartości żadnego z wymienionych składników i w reklamach ogłaszać, że preparat jest „unikalnym połączeniem dwóch silnych antyoksydantów w zastrzeżonej, optymalnej proporcji”. Jeśli nie mamy możliwości tego sprawdzić, to „musimy” wierzyć producentowi co do jego zapewnień. Wiara w tym wypadku to trochę mało. Przydałaby się wiedza…

Podsumowanie

Zabieg mający formułę przedstawiania listy składników w postaci „mieszanek zastrzeżonych” to wymyk marketingowy mający na celu z jednej strony stworzenie wrażenia, iż dany preparat ma unikalne właściwości, a z drugiej służy „zatajaniu” informacji dotyczących realnych dawek użytych składników. Oczywiście nie oznacza to, że środki opatrzone formułą „proprietary blend” nie działają.  Niekiedy działają całkiem nieźle, ale mamy problem by ocenić – co tam naprawdę działa. Owszem, składniki surowcowe produktu muszą być wymienione w kolejności malejącej, ale to nie pozwala nam i tak ocenić jakie są dawki konkretnych składników. Dlatego też warto tego typu preparaty darzyć ograniczonym zaufaniem.