Dietetyka nie oszukasz…

Kilka tygodni temu zgłosiła się do mnie zrozpaczona dziewczyna ze sporą nadwagą i już na wstępie zaczęła lamentować na temat niesprawiedliwości matki natury, która obdarzyła ją powolnym metabolizmem. Dowodem świadczącym niezbicie na rzecz problemów z przemianą materii miały być relacje dotyczące tego jak to niewiele je moja klientka, a ile pochłaniają jej szczupłe koleżanki z pracy zachowując przy tym nienaganną figurę. Faktycznie na pierwszy rzut oka sytuacja wyglądała nieciekawie i wymagała głębszego zbadania.

Myślę, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy jak powiem, iż w gabinecie dietetycznym obowiązuje zasada ograniczonego zaufania względem klienta. Praktyka uczy bowiem, że ludzka pamięć jest wybiórcza i lubi płatać figle. W związku z tym istnieją specjalne narzędzia umożliwiające weryfikację przedstawianych treści, choćby  dotyczących ilości spożytych pokarmów. Przykładowo jeśli z zebranego wywiadu wychodzi na to, że dana osoba dostarcza zaledwie 600 kcal  z pożywieniem, a boryka się z potężną nadwagą czy otyłością to cudów nie ma – ktoś tutaj nie przekazuje  wszystkich informacji

W przypadku tej klientki wstępne szacunki dotyczące dziennej podaży energii wykazały, iż spożywa ona zaledwie około 1200 – 1300 kcal. Nie jest to ilość, która mogłaby powodować wzrost masy ciała, a wręcz odwrotnie – powinna powodować jej konsekwentne i szybkie obniżanie. Moja klienta co prawda liczyła ewidentnie na to, że wynajdę szybki sposób na przyspieszenie metabolizmu, ja jednak miałem zgoła inne plany. Poprosiłem by przez tydzień czasu notowała wszystkie zjadane pokarmy i wypijane napoje mając na uwadze fakt, że większości osób umykają kalorie ukryte w płynach, a nieraz potrafi się z nich uzbierać drugie tyle co z jedzenia. Perspektywa drugiej wizyty „bez żadnych konkretów” z całą pewnością nie wzbudziła w dziewczynie entuzjazmu.

Po tygodniu klientka zjawiła się u mnie z listą zawierającą skrupulatny jej zdaniem wypis z codziennego menu. Po szybkiej lustracji oszacowałem: przeciętne spożycie kalorii jest trochę wyższe niż wykazały wstępne szacunki nie przekracza raczej 1500 - 1700 kcal – nie uzasadnia więc przyrostu masy ciała. Miałem jednak na uwadze, że w niektórych przypadkach sam fakt notowania ilości i jakości spożywanych pokarmów sprawia, że klienci pilnują się i odżywiają się lepiej. Choć wydawać by się mogło, iż takie postępowanie zaciemnia obraz problemu, to tak naprawdę jest dla mnie istotną wskazówką na temat wiedzy danej osoby na temat zasad zdrowego żywienia (klient chce zrobić dobre wrażenie i je „lepiej”), a poza tym jeśli restrykcje są daleko posunięte – efekt zauważalny jest w trakcie dokonywania pomiarów: masa ciała zmniejsza się.

W tym przypadku było jednak inaczej, okazało się, że przybyło dodatkowe 0,5kg…

Wydawać by się mogło, że opisana przeze mnie sytuacja wymaga już interwencji lekarza albo co najmniej przeprowadzenia kompleksowych badań poziomu: hormonów (tarczycy, płciowych), glukozy, a także profilu lipidowego. Owszem takie badania mogą być bardzo przydatne i nie umniejszam ich znaczenia, jednak na tym etapie nie było konieczności odsyłania klientki na wyprawę po gabinetach lekarskich sugerując jej w domyśle, że to jest patologia, którą trzeba leczyć i umacniając w przekonaniu, iż jest przypadkiem beznadziejnym.

Istnieje bowiem przynajmniej kilka skutecznych sposobów na rozpracowanie problemu bez konieczności używania igły, strzykawki czy stetoskopu. W jaki sposób?

Poprosiłem klientkę by przez najbliższy tydzień zbierała dla mnie paragony ze sklepów spożywczych, stacji benzynowych i bufetów. Wzbudziło to zdziwienie dziewczyny, ale stwierdziła, że nie ma problemu, ponieważ i tak zazwyczaj zabiera paragony z zamiarem sprawdzenia, nigdy jednak nie pamiętała by dokonać owej weryfikacji. Moja rozmówczyni zapewniła, że nie ma absolutnie żadnego problemu bym przyjrzał się paragonom jeśli moim zdaniem jest to zabieg potrzebny i może pomóc w rozwiązaniu problemu.

Moja klienta miała przy sobie w torebce sporo rozmaitych rachunków. Wbrew temu co można się spodziewać nie interesowały mnie kwoty wydawane przez dziewczynę na jedzenie czy miejsca w jakich robi zakupy – tutaj chodziło o coś innego. Jak się okazało po przejrzeniu paragonów na liście pozycji oprócz produktów takich jak mleko, pieczywo, mięso czy warzywa, regularnie pojawiały się  dodatki w postaci batoników czy słodkich napojów, które jakimś cudem umknęły nam podczas przeprowadzania wywiadu. Zdziwienie dziewczyny było szczere, zupełnie nie wiedziała jak wytłumaczyć obecność tych produktów. Czy tak czy siak wyglądało więc na to, że szacunki dotyczące realnej kaloryczności jadłospisu wymagają korekty. Jeden batonik to przeciętnie 200 – 300 kcal, 330ml słodkiego napoju to dodatkowe 30 – 40g cukru…

Niestety podobna sytuacja ma miejsce bardzo często, istnieje bowiem pewien mechanizm, który sprawia, że „wypieramy” ze świadomości drobne grzeszki w postaci błyskawicznych przekąsek wrzucanych do koszyka stojąc w kolejce przy kasie i zjadanych w biegu w drodze do samochodu, podczas rozmowy przez telefon czy w innym momencie, w którym nasza uwaga skupiona jest na innej czynności niż jedzenie. Miałem już klientów, którzy dostarczali nawet 1000 dodatkowych kilokalorii z napojów energetycznych czy piwa. Biorąc pod uwagę, że są to tzw. „puste kalorie” ich wpływ na poziom tkanki tłuszczowej jest szczególnie wyraźny.

W tym przypadku kluczowe okazało się już samo zwrócenie uwagi na fakt istnienia opisanego tutaj problemu oraz podkreślenie jego znaczenia dla procesu kontroli masy ciała. To wystarczyło by obudzić czujność mojej klientki, która zrozumiała, że wprowadzenia restrykcyjnych zmian do diety nie jest wskazane dopóki pojawiać się w niej będą „drobne grzeszki”, których suma jest wstanie zniweczyć wszelkie inne dietetyczne restrykcje. Oczywiście nie zrezygnowaliśmy z pracy nad innymi aspektami związanymi z bilansowaniem diety z uwzględnieniem doboru pokarmów, ich zestawiania oraz obróbki termicznej. Pierwsze efekty pojawić się mogły jednak jedynie dzięki wyeliminowaniu ukrytego problemu, którego nie wykryłyby przecież badania laboratoryjne.

Przytaczam tę historię po to by zobrazować, że nieraz przyczyny problemów z masą ciała szukamy w hormonach czy genetyce, a bardzo często okazuje się, iż wynikają one z naszych bardziej lub mniej uświadamianych wyborów, a rozwiązanie - jest na wyciągnięcie ręki. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że opisany tutaj przypadek jest typowy i dotyczy wszystkich borykających się z nadwagą. Faktem jednak jest, że mamy pewną skłonność do „zapominania” o zjedzonych batonikach, wypitych puszkach coli czy drinkach i summa summarum wydaje nam się, że odżywiamy się prawidłowo, liczymy kalorie, eliminujemy z posiłków „złe” tłuszcze i „niedobre” węglowodany - a mimo to nie chudniemy. Cóż, czasem chyba warto obudzić w sobie detektywa niż bawić się w dietetyka…