Kogo można spotkać na siłowni?

W ramach pewnej odskoczni od poważnej problematyki żywienia, treningu i suplementacji chciałbym zwrócić uwagę na specyficzny folklor klubów fitness, który tworzony jest przez stałych bywalców o dość jaskrawej osobowości. Wychodząc trochę poza ramy zawodu dietetyka, postanowiłem zabawić się w profilera i dokonać krótkiej charakteryzacji najbardziej kolorowych postaci, które spotkać można niemal na każdej siłowni. Czy udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę czy też może popuściłem wodze fantazji? Myślę, że czytelnicy mnie z tego rozliczą. Chciałbym jednak oświadczyć, że ewentualne koloryzacje służyć mają jedynie dobrej zabawie!

Przeczytaj koniecznie:

Partner treningowy, pomoc, mobilizacja, rywalizacja

Człowiek, który nie ćwiczy nóg

Pomimo szerokiego dostępu do informacji i powszechnej świadomości dotyczącej podstawowych zasad treningowych mówiących, że trening z obciążeniem powinien wzmacniać całe ciało,  a nie tylko wybrane jego partie, na siłowniach ciągle spotkać można jednostki, które usilnie starają się pogłębić dysproporcje w swojej budowie. Nie oszukujmy się, najczęściej pomijaną partią ciała są oczywiście… nogi. Dlaczego? Cóż, wielokrotnie pytałem o to znajomych, którzy do treningu siłowego podchodzą w sposób wybiórczy faworyzując głownie mięśnie klatki piersiowej i bicepsy. W większości przypadków słyszałem argumenty takie jak:

- oszczędzam kolana /mam kontuzję kolana (czytaj: jestem leniem)

- nie podobają mi się grube nogi i wielkie „czwórki” (czytaj: żyję w świecie fantazji)

- dużo biegam (czytaj: idę na bieżnię elektryczną i maszeruję przez 10 minut)

Oczywiście powyższe tłumaczenie jest kuriozalnie dziecinne i nijak się ma do rzeczywistości. Przykładowo przekonywanie, iż kilkunastominutowy bieg po bieżni elektrycznej jest w stanie rozwinąć mięśnie nóg jest równie wiarygodne co upieranie się, iż machanie rękami w powietrzu przez kwadrans stanowi wystarczający bodziec do rozwoju mięśnie ramion…  Smutną konsekwencją wybiórczych treningów jest sylwetka typu „kasztan na zapałkach”, czyli – niestety -  dość częsty widok w klubie fitness czy na ulicy.

Człowiek, który jest zawsze

Niezależnie od tego czy pójdziesz do klubu fitness rano czy wieczorem, w czwartek czy środę lub dzień weekendowy – on tam jest i z wielkim zaangażowaniem wykonuje swój misterny plan treningowy. O ile większość osób posiada trudności na wygospodarowanie w tygodniowym planie zajęć czasu na regularne treningi – on zdaje się nie posiadać tego typu problemów. Może dlatego, że robi odwrotnie: całotygodniowe zajęcia dopasowuje do planu treningowego, a może dlatego, że po prostu zamieszkał na siłowni.

W klubie, w którym aktualnie ćwiczę jest starszy mężczyzna, który będąc na zasłużonej emeryturze postanowił postawić na aktywny wypoczynek. Problem w tym, że trening, który wykonuje nie jest zbytnio dopasowany ani do jego kondycji, ani – do stanu zdrowia. Nie chodzi tutaj nawet o jakąś zabójczą intensywność, ale fakt, że sesje trwają przeciętnie cztery godziny i wykonywane są przez niego sześć razy w tygodniu.  Czy jego serce z wszczepionym rozrusznikiem jest z tego faktu zadowolone? Cóż, można mieć co do tego wątpliwości…

Przekonanie zgodnie z którym „więcej” = „lepiej”, jest równie powszechne, co nieuzasadnione. Wiele osób naiwnie wierzy, że wydłużając czas trwania treningów i zwiększając ich częstotliwość osiągnie istotnie lepsze rezultaty. W praktyce jednak tak nie jest. Efekty nie są uzależnione od ilości, a przede wszystkim od jakości, czyli – sposobu i o tym warto pamiętać. Poza tym przesadzanie z treningami może prowadzić do negatywnych konsekwencji takich jak kontuzja i przetrenowanie.

„Mistrz i Małgorzata”

Przychodzą zawsze razem. Mistrz jest mentorem – doświadczonym kolegą z pracy czy szkoły, który wprowadza w tajniki treningu siłowego nowicjusza, pragnącego odmienić swój wygląd. Mistrz często się popisuje i używa słów „jak pochodzisz parę tygodni, to też tak będziesz umiał”. Natomiast „Małgorzata” wykonuje wszystkie, nawet najbardziej kuriozalne zadania zlecone mu przez Mistrza – często nieadekwatne do poziomu wytrenowania,  bez przykładania należytej uwagi do techniki wykonywania ćwiczeń.  Wszystkie serie oczywiście wykonywane są przez Małgorzatę do załamania ruchu, oczywiście z asekuracją, a nierzadko także pomocą „Mistrza”, który charakterystyczną dla siebie lekkością pomaga wykonać cztery ostatnie powtórzenia danego ćwiczenia, niby tylko paluszkiem popychając sztangę…

Oczywiście nie ma nic złego w sytuacji, w której bardziej doświadczeni bywalcy siłowni pomagają „świeżakom” zgłębiać tajniki siłowego treningu. Problem polega na tym, kiedy cały proceder polega na wpajaniu i utrwalaniu złych nawyków przy zastosowaniu katorżniczych metod. Taki proceder niestety miejsce ma dość często i skutkuje powielaniem i rozprzestrzenianiem złych wzorców, prowadząc niekiedy do opłakanych skutków.

Człowiek – klata/ człowiek - biceps

Zapewne każdy z nas ma swoje mniej lub bardziej lubiane ćwiczenia. Ja np., nie znoszę trenować łydek, ale jednak ćwiczę je przynajmniej od czasu do czasu, bo nie chcę nabawić się dysproporcji. Nie wszyscy jednak są zdolni do takich poświęceń, wiele osób po prostu rezygnuje z tego czego ćwiczyć nie lubi. Jak w grę wchodzą drobiazgi typu np. nieprzetrenowane osobno bicepsy czy tricepsy, a w treningu uwzględnione są wyciskania, pompki, wiosłowania i podciągania, to jeszcze pół biedy. Gorzej jak wykluczeniu ulegają newralgiczne ćwiczenia angażujące duże partie mięśniowe. Niestety, na każdej siłowni znaleźć można jednostki trenujące tylko jedną, góra dwie partie ciała.

I tak ostatnimi czasy spotkałem w swoim klubie chłopaka, który  trzy razy w tygodniu, przez półtorej godziny wykonywał skomplikowany zestaw wszystkich znanych ćwiczeń, ukierunkowanych na zaatakowanie mięśnie piersiowych pod każdym możliwym kątem.  Najpierw w ruch szła sztanga i ćwiczenia typu wyciskania przynajmniej w trzech różnych płaszczyznach, a nie kiedy także w dwóch różnych chwytach  Później dochodziły sztangielki powielające wcześniejsze ćwiczenia, następnie pojawiają się rozpiętki, krzyżowania linek, a bonusowo także przenoszenie hantli za głowę. Nie. To nie jest żart. Tak było naprawdę.