Złośliwe geny, zaniżone kalorie i kwestia wypijanych płynów

Na łamach PoTreningu.pl już wielokrotnie poruszałem kwestię ilościowego i jakościowego doboru napojów odnosząc się nie tylko do stanu nawodnienia organizmu, ale także – podaży energii. W niniejszym artykule chciałbym jednak wrócić do tematu odnosząc się przykładu zaczerpniętego z własnej praktyki zawodowej, który znakomicie obrazuje jak mocno zwiększyć można kaloryczność codziennego menu poprzez niefortunny dobór płynów.

Przeczytaj koniecznie:

Czy 100%-towe soki owocowe są pożądanym składnikiem diety?

Krótki opis przypadku

Niespełna dwa tygodnie temu trafił do mnie młody mężczyzna, z dość pospolitym problemem, który nosi nazwę „nadmierna masa ciała” (związana oczywiście z nadwyżką tkanki tłuszczowej, a nie mięśniowej – tej miał wręcz bardzo mało). Co istotne, mężczyzna ów zdając sobie sprawę z istnienia problemu skarżył się na „tragiczną genetykę”, „rodzinny problem” (jego rodzice od lat borykają się z otyłością) oraz oczywiście - „brak efektów pomimo usilnych starań”. Podczas wstępnej rozmowy oczywiście padło też kluczowe stwierdzenie „jem mało, ruszam się, a mimo to nie chudnę”.

“To nie moja wina”

W tym momencie chciałbym dodać, że oczywiście są pewne uwarunkowania osobnicze, które sprawiają, że niektórym osobom trudniej jest uzyskać szczupłą sylwetkę niż innym, tyle że owe okoliczności stosunkowo rzadko mają podłoże genetyczne (w rozumieniu predyspozycji wrodzonych), a częściej są albo konsekwencją metaboliczną wieloletnich zaniedbań żywieniowych, albo też wynikają po prostu z przyzwyczajeń kulinarnych i błędów w szacowaniu zarówno swojego zaangażowania w aktywność fizyczną jak i kwestii podaży energii. Tutaj problem polegał głównie na braku świadomości dotyczącej ilości kalorii dostarczanych w postaci płynnej.

Ja przecież tak mało jem…

W toku wywiadu żywieniowego pytam swoich indywidualnych klientów o dotychczasowy sposób odżywiania. Niekiedy wymagam tygodniowej wypiski z kompletnego menu uwzględniającej główne posiłki, przekąski oraz napoje, a nieraz weryfikuję tę kwestię na bieżąco. Analiza sposobu odżywiania wspomnianego klienta wskazywała, iż faktycznie w ramach konwencjonalnych posiłków nie dostarcza on zbyt wiele energii, bo zaledwie około 1500 – 1700kcal w ciągu doby (wyjątkiem była niedziele, gdzie szacowana podaż energii wynosiła ponad 4000kcal). Taka kaloryczność diety w przypadku dorosłego mężczyzny (niespełna 25 lat, 97kg masy ciała, ponad 180cm wzrostu), trenującego 2 – 3 razy w tygodniu na siłowni (niestety treningi były zachowawcze, w grę wchodziło bowiem jedynie dreptanie po bieżni stacjonarnej i trenowanie mięśni brzucha przy pomocy rozmaitych maszyn, mimo wszystko – to także wysiłek fizyczny), jest po prostu niska i winna powodować raczej utratę masy ciała, a nie jej konsekwentny przyrost.

Ciągle chce mi się pić...”

Sytuacja trochę wyklarowała się jak doszliśmy do przekąsek. Okazało się, że z drobnych „dietetycznych” batoników, ciastek zbożowych, solonych orzeszków i chipsów (z pieca) wpada średnio około 600 – 800kcal dziennie (najwięcej w piątek i sobotę). Summa summarum widzimy, że mamy już około 2100 – 2500kcal, czyli więcej niż sugerowały wstępne szacunki, ale ciągle zbyt mało by blokować spalanie tłuszczu. W tym momencie pojawia się gwóźdź programu, czyli – napoje. Otóż okazało się, że mężczyzna ów cierpi na „ciągłe pragnienie, które gasi dopiero wieczorne piwo”. Cóż, już samo takie stwierdzenie sugeruje, że w kwestii „nawadniania organizmu” będą fajerwerki. Kto tak pomyślał czytając powyższe słowo – nie pomylił się. Średni wykaz dobowy przyjętych napojów w przypadku omawianego mężczyzny wyglądał następująco:

  • kawa ze śmietanką (ok 50ml) i cukrem (ok 8 – 10g)
  • 3 szklanki soku ananasowego lub jabłkowego
  • litr coli (lub więcej w upały),
  • 2 napoje energetyczne (w tym jeden przed siłownią),
  • lub 2 piwa wieczorem.