Okiem instruktora - Praca w klubie fitness

Z pewnością nie raz i nie dwa trafiliście na artykuły tratujące o tym, jak rozpoznać dobrego trenera, jakimi cechami powinien wyróżniać się kompetentny instruktor czy też na co zwrócić szczególną uwagę wybierając klub, w którym będziecie rozpoczynali swoją przygodę z treningami na siłowni lub na sali fitness. Prawdopodobnie nikt z was nie zastanowił się, jak wygląda praca na siłowni widziana oczyma tej „drugiej” – czyli instruktorskiej – strony. Na jakich klubowiczów trafia się najczęściej? Z jakimi problemami zmagają? Co ich denerwuje, co motywuje, co zniechęca do pacy?

Przeczytaj koniecznie:

Trener Personalny – (nie)zbędny?

Praca trenerska czy też instruktorska – niezależnie od tego, czy pracuje się z klientami personalnie czy „grupowo” – wymaga odpowiedniej wiedzy, kwalifikacji oraz doświadczenia, którego nabiera się z czasem (związane jest to zarówno ze stażem pracy, jak i z testowaniem na sobie). Oczywiście – jak w każdym innym zawodzie – na swojej drodze spotkacie kadrę z powołania oraz tych, którzy wymyślili sobie, że jest to niezmiernie prosty sposób na dorobienie kilku groszy do studenckiego stypendium.

Na potrzeby tego artykułu załóżmy, że trafiliśmy na instruktora, który rzeczywiście jest zafascynowany tą pracą, stale się rozwija, szkoli – ma niezbędną wiedzę, by wykonywać ten zawód. Chce zarazić swoją pasją innych i wierzy, że uda mu się poprawić technikę ćwiczeń u wszystkich swoich „klubowych podopiecznych”. I w tym momencie następuje dosyć brutalne zderzenie z rzeczywistością, bo okazuje się, że inni niekoniecznie chcą słuchać, niekoniecznie chcą zastosować się do wskazówek i wcale nie mają ochoty, by ktokolwiek ingerował w ich plany treningowe. Zresztą to, co „czytali w Internetach” nie jest spójne z tym, co doradza instruktor. Na jakich klientów instruktor trafia najczęściej?

Praca instruktora = nieustanny koncert (awykonalnych) życzeń

„Chcę zgubić tłuszcz z brzucha – jakie mam robić brzuszki?”

Jest to pytanie, które z ust klubowiczów pada chyba najczęściej. Na nic (oczywiście nie w przypadku wszystkich, ale znacznej większości osób) zdają się tłumaczenia, że tkanki tłuszczowej nie spala się miejscowo, że należy wykonywać ćwiczenia angażujące jak największą liczbę partii mięśniowych, gdyż im więcej mięśni bierze udział w danym ćwiczeniu, tym większe zużycie energii i tym szybciej (oczywiście upraszczając) zniszczeniu ulegnie ten tak niechciany tłuszcz. Po wysłuchaniu litanii argumentów przemawiających za tym, by w treningu nie ograniczać się do ćwiczeń dedykowanych wyłącznie mięśniom brzucha, gdy tylko trener zniknie z widnokręgu, klubowicz z ogromnym zaangażowaniem powróci do wyszukiwania wszystkich maszyn i podpatrywania ćwiczeń angażujących to „strategiczne” miejsce…

„Ujędrnić ręce, wysmuklić uda, wyrzeźbić brzuch, ale NIC nie może „spaść” z biustu i nie chcę rozbudowywać mięśni…”

Tak, tak, z takimi właśnie oczekiwaniami musi mierzyć się instruktor. Na nic zdają się tłumaczenia, że to właśnie mięśnie nadają kształt sylwetce, że dzięki nim spala się więcej kalorii, że (nie)stety biust to tkanka tłuszczowa i nie ma fizycznej możliwości, by zadziałać na ciało wybiórczo i tę akurat partię „oszczędzić”. Po zapoznaniu się z informacją, że należy ćwiczyć całe ciało niejednokrotnie następuje oburzenie klubowiczki lub też – po tym, jak wysłucha i pokiwa przytakująco głową – obserwowanie, jak z pośród „rozpisanych” ćwiczeń wybiera tylko te na nogi i brzuch (wykonując kilkadziesiąt powtórzeń w serii) po czym z gazetą udaje się na rowerek lub stepper.