Czy „przekombinowana dieta” to także i Twój problem?

„Przekombinowana dieta” to termin mocno intuicyjny, ale po głębszym zastanowieniu pasuje idealnie do tego co dziś dzieje się w „obiegowej dietetyce”. Na co dzień jesteśmy zasypywani taką ilością informacji dotyczących tego jakie korzyści zdrowotne wynikają z niełączenia ze sobą pewnych pokarmów, jak dobrze na sylwetkę wpływają rotacje kaloryczne i węglowodanowe czy też jak skuteczne w podkręcaniu metabolizmu są posiłki oszukane, że najlepszym rozwiązaniem z możliwych wydaje się pogodzenie wszystkich, najbardziej przekonujących zaleceń w jedną całość i stworzenie „diety idealnej”.

Przeczytaj koniecznie:

Dlaczego dieta powinna być urozmaicona?

Problem polega na tym, że sytuacja na „rynku informacji” zmienia się dynamicznie. Cały czas pojawiają się nowe doniesienia dotyczące tego jak się odżywiać, a my po prostu staramy się za nimi nadążyć permanentnie „majstrując” coś przy diecie, ulepszając ją  i zmieniając niektóre jej założenia. Okazuje się, że takie kombinowanie nie tylko nie musi nieść za sobą żadnych pozytywnych konsekwencji, a wręcz może być po prostu szkodliwe!

W pogoni za doskonałością

Parafrazując popularne powiedzenie, można powiedzieć, iż „życie jest za krótkie by ciągle być na tej samej diecie”. Cóż, slogan ten brzmi całkiem zgrabnie i całkiem sprawnie opisuje sposób myślenia wielu osób używających diety jako instrumentu pozwalającego bądź to poprawić stan zdrowia bądź też polepszyć kompozycję sylwetki. Dla wielu osób „majstrowanie” przy diecie to chleb powszedni. Oczywiście nie jest to ich zdaniem sztuka dla sztuki, ale działania ukierunkowane na uzyskanie określonego efektu. W końcu człowiek uczy się przecież całe życie, więc dlaczego nie miałby zdobytej wiedzy wdrażać na bieżąco? Cóż, powyższe przedstawienie istoty omawianego zagadnienia może i brzmi przekonująco i wydaje się być dobrym dlań uzasadnieniem. Problem polega jednak na tym, że to mocno zawężony punkt widzenia.

Dieta jak z reklamy

Tak naprawdę, permanentne kombinowanie przy diecie można przyrównać do ciągłej pogoni za innowacyjnością, która nie we wszystkich dziedzinach przynosi spektakularne korzyści. Weźmy chociażby jako przykład kosmetyki (może to dość dziwny na pierwszy rzut oka przykład, ale używam go z premedytacją). W mediach bezustannie pojawiają się coraz to nowe reklamy szamponów, kremów odmładzających, pianek do golenia, płynów do kąpieli, etc. Producenci cały czas odświeżają linie oferowanych produktów, uzasadniając wprowadzane zmiany „nową recepturą” uwzględniającą włączenie przełomowych składników, które zrewolucjonizować rzekomo mają pielęgnację włosów, paznokci, ciała czy twarzy.

Dokładnie na tych samych zasadach opiera się obieg informacji dotyczących wielu aspektów związanych z żywieniem. Powstają nowe diety bądź też stare są po prostu odgrzewane i udoskonalane. Argumenty pojawiające się choćby na forach czy portalach nierzadko formułowane są dokładnie w ten sam sposób co argumenty przedstawiane w spotach reklamowych. Gdzieś w tym całym informacyjnym szumie i kolorowych wykresach umykają podstawy żywienia i finalnie cała uwaga skupia się na szczegółach, tak jakoby to właśnie wykluczenie glutenu czy też niełączenie węglowodanów i tłuszczu w jednym posiłku było podstawowym czynnikiem żywieniowym umożliwiającym kontrolę masy i składu ciała. Tymczasem w praktyce wcale tak nie jest.

Informacyjny szum

Z racji tego, iż cały czas jesteśmy bombardowani informacjami dotyczącymi m.in. tego, które produkty wykluczać, jak umiejscawiać węglowodany w ciągu dnia, jak rotować kaloriami i kiedy „oszukiwać na diecie”, to w praktyce niekiedy trudno jest zdecydować się, które rozwiązania wprowadzić do diety. W praktyce wiele osób próbuje wdrożyć wszystkie zalecenia niekiedy na raz, a niekiedy naprzemiennie. W pierwszym przypadku, dieta jest połączeniem rozmaitych strategii żywieniowych (np. w czasie redukcji niektóre osoby łączą głęboki deficyt kaloryczny z restrykcjami węglowodanowymi oraz ze skróconym oknem żywieniowym, co niekoniecznie jest dobrym pomysłem), w drugim – dynamicznym tworem, który cały czas się zmienia zależnie od tego co aktualnie wyda się jej autorowi najbardziej przekonujące.

Warto tymczasem wrócić do podstaw i zapamiętać, że przykładowo, jeśli celem jest redukcja tkanki tłuszczowej to kluczem do jej uzyskania jest ujemny bilans kaloryczny, przy czym winien on być dopasowany do indywidualnych parametrów, takich jak choćby skład ciała i rodzaj wykonywanej aktywności (nie powinien być ani przesadnie głęboki, ani też zbyt płytki).

Niezwykle ważne znaczenie ma też ilościowy udział makroskładników – zbyt niskie spożycie białka będzie nasilać katabolizm i zwiększać łaknienie, zbyt niski udział tłuszczu może hamować wchłanianie niektórych witamin i czynić dietę niesmaczną, a zbyt niski udział węglowodanów może odbić się na parametrach wysiłkowych.

Różnorodność jest kolejną cechą, o której należy pamiętać – umożliwia ona zapatrzenie organizmu we wszystkie niezbędne składniki i zmniejsza ryzyko wystąpienia nadmiernej kumulacji szkodliwych substancji występujących w pożywieniu.

Warto też dietę opierać raczej na mniej przetworzonych pokarmach, gdyż ich gęstość odżywcza jest po prostu wyższa, czyli na każdą kalorię jaką dostarczają przypada większa dawka składników nieenergetycznych.

Dość istotne znaczenie ma także umiejscowienie w planie dnia posiłków okołotreningowych. (Nie jest to jednak absolutny priorytet. Jako ciekawostkę dopowiem, iż w wyczynowym sporcie niekiedy celowo wykonuje się treningi wieczorem i unika spożywania posiłków po ich zakończeniu, by wywołać pewne adaptacje pozwalające efektywnie spalać kwasy tłuszczowe podczas wysiłku. Nie wspominam o tym by kogokolwiek namawiać do takich praktyk, bo mają one uzasadnienie jedynie w wybranych wypadkach. Piszę o tym by nikomu się przypadkiem nie wydawało, że moment zjedzenia oraz skład ilościowy i jakościowy posiłku potreningowego to być albo nie być dla wypracowanej formy).