Twój tłuszcz już podskakuje z radości na myśl o świętach!

Możesz sobie myśleć, że to tylko żart albo beztroska personifikacja, ale dobrze wiesz, że ten prześmiewczy tytuł w sposób obrazowy i tak naprawdę brutalny pokazuje to, co dzieje się w Twoim organizmie. Przyznaj przed samym sobą, że choć wylewasz wiadra potu na siłowni, odmawiasz sobie rozmaitych kulinarnych pokus, po to by lepiej wyglądać, to jakaś cząstka Twojego „ja” już zaciera te swoje tłuste łapki na myśl o tym, że dosłownie za kilka dni zasiądziesz do stołu i będziesz – nazywajmy rzeczy po imieniu – po prostu się obżerać.

Przeczytaj koniecznie:

Dieta a grupa krwi - przypowieść o Świętym Mikołaju

Bo taki jest zwyczaj…

Istnieje taki zwyczaj w naszej kulturze (sic!), który polega na tym, że kiedy tylko pojawi się jakaś okoliczność wyróżniająca choćby jeden dzień na tle innych dni codziennej egzystencji, to trzeba to uczcić dodatkową porcją jedzenia. Takim „małym świętem” jest piątek wieczór (wypad

„na miasto”, czyli co najmniej alkohol  i burger), czasem sobota (seans filmowy z paczką chipsów), a nierzadko niedziela (obiad u teściów). To oczywiście tylko takie drobne „świątka”, ale i tak elementem przypieczętowania ich wyjątkowości jest konsumpcja, często nielimitowana.

Spokojnie, to tylko cheat meal

W świecie fitness takie zabiegi doczekały się nawet błogosławieństwa w postaci terminu „cheat meal”, albo „cheat day”, do którego dorabia się ładną ideologię, która sprawia że zamiast trudnej do przełknięcia, gorzkiej pigułki z napisem „bezsensowne łakomstwo” pojawia się piękna idea przyspieszania metabolizmu za pomocą góry kalorii, pochodzących z krytykowanego na co dzień jedzenia. Chciałbym, żeby było jasne, że jako dietetyk uważam, że tzw. „czit” może mieć swoje miejsce w zdrowej diecie. Problem polega na tym, że pod jego ideę podpina się często zwykłe obżarstwo i tyle w tym cudownym temacie mam do powiedzenia.

W końcu to przecież święta

O ile w przypadku weekendowych „czitów” możemy mówić jedynie o „zwyczaju” objadania się bez umiaru, o tyle w okresie świątecznym praktyka ta to – tak mówi niepisane prawo – nasza tradycja. Tradycja to pojęcie powiązane ze zwyczajem, ale przekazywane z pokolenia na pokolenie z przeszłości, jako element treści kultury uznanej za doniosły dla współczesności i przyszłości. Tak przynajmniej mówi definicja. To ja się pytam w takim razie jaki element doniosłości dla czasów dzisiejszych i przyszłych występuje w akcie przejadania się wszystkim co wpadnie w ręce w okresie świąt Bożego Narodzenia? Jedyna odpowiedź jaka przychodzi do głowy, która mogłaby stanowić „jakieś” uzasadnienie, to stwierdzenie, które mówi, że tak czynili nasi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Innymi słowy: w święta objadamy się od niepamiętnych czasów.

Z innej perspektywy

Cóż, nawet jeśli uznamy powyższe stwierdzenie za w 100% prawdziwe (prawda jest taka, że kto się objadał ten się objadał – nie każdy i nie zawsze mógł), to bądźmy uczciwi: skoro powołujemy się na element kultury i tradycji to pamiętajmy o tym, że święta zawsze poprzedzał… post. Post ten miał co prawda podłoże duchowe, ale wywierał skutki cielesne: w czasie jego trwania ludzie po prostu jedli mniej i chudli. Później na święta tyli – i równowaga była zachowana. Nawet jeśli takie zmiany w masie ciała nie były w pełni zdrowe, to i tak wyglądało to o wiele lepiej niż w dzisiejszych czasach, gdzie postu nie ma ale podczas świąt za to puszczają wszelkie hamulce.  Co gorsza, dzisiaj objadamy się nie tylko tradycyjnymi potrawami wigilijnymi przygotowywanymi od podstaw w domowym zaciszu, ale wciągamy produkty mocno przetworzone technologicznie, zasobne w cukry rafinowane i tłuszcze utwardzone.

Tak więc do kwestii tradycji podeszliśmy w sposób wysoce selektywny, wybierając sobie tylko te elementy, które nam pasują i stanowią kulturowe błogosławieństwo naszych słabości. W efekcie my sami na tym tracimy, bo po świątecznym łakomstwie nie tylko czujemy się gorzej, ale też wyglądamy gorzej. Ale są i beneficjenci tego stanu rzeczy.