Zabawne sytuacje z praktyki dietetyka Cz. I

W pracy dietetyka, jak chyba w każdej profesji trafiają się sytuacje, w przypadku których trudno zachować powagę. Co istotne, niekiedy mają taki charakter, że po prostu nie wypada się śmiać i trzeba naprawdę starać się panować nad mimiką by nie zdradzić rozbawienia. Niekiedy też pewne zdarzenia w pierwszej chwili bawią, ale po głębszej refleksji nie okazują śmieszne, dowodzą bowiem, że w obiegowym ujęciu panuje wiele kuriozalnych przekonań, które sprawiają, iż spora część naszego społeczeństwa na co dzień w dobrej wierze podejmuje złe wybory żywieniowe szkodząc sobie i bliskim. Niemniej w pierwszej chwili – pośmiać się warto, choćby w duchu bo jak mawiał Terry Pratchett - „trzeba się śmiać, inaczej człowiek by zwariował”.

Przeczytaj koniecznie:

Trzy najgłupsze diety świata


Ja naprawdę nic nie jem

To akurat nie jest przypadek z mojej praktyki, a zasłyszany od znajomych trenerów, uczestników jednego ze szkoleń z dietetyki jakie prowadziłem jakiś czas temu. Kiedy wymienialiśmy się w toku trwania zajęć doświadczeniami moi rozmówcy wspomnieli, iż współpracowali z kobietą, która pomimo tego, iż ciężko trenowała i stosowała się do ustalonej diety (tak przynajmniej mówiła), nie miała żadnych zauważalnych efektów. Jakieś tam rysy w sylwetce się pojawiały, ale tkanki tłuszczowej nie ubywało tyle ile powinno. Pewnego razu podczas zaordynowanych, cięższych niż zwykle interwałów żołądek owej pani nie wytrzymał nerwowo i doszło do niezręcznej sytuacji w przebiegu której spożyty niedawno posiłek znalazł się na podłodze. Niezręczność była podwójna, bo bez podejmowania wnikliwych analiz łatwo było dostrzec, że w treści pokarmowej jest makaron, którego w rozpisce diety w ogóle nie było…

Oczywiście podobnych sytuacji (choć może nie tak ekstremalnych) można by wymieniać więcej. Tak naprawdę wielu klientów trafia do dietetyka przekonując (a niekiedy wierząc), iż jedzą naprawdę niewiele, a mimo to – nie chudną. Po skrupulatnym wywiadzie okazuje się, że tylko z pozoru jedzenia jest mało. W grę niekiedy wchodzi dostarczenie 1000kcal z napojów i nadrobienie tygodniowej „głodówki” weekendowym łakomstwem. Jeden z takich przypadków opisałem w artykule do którego link podaję poniżej:

http://potreningu.pl/articles/2678/jem-malo-a-mimo-to-nie-chudne

Dziękuję za dietę, ale nie będę mógł jej stosować…

Dużo uroku kryją w sobie sytuacje, w przebiegu których klient, po otrzymaniu diety, której pierwotny zarys został z nim uzgodniony stwierdza, że on nie będzie mieć czasu się jej trzymać. Skądinąd niekiedy takie stwierdzenia padają już na wstępie: osoba, która płaci za wizytę mówi otwarcie, że nie będzie mieć możliwości zmienić swoich nawyków żywieniowych. I nie chodzi tutaj o realizowanie diety opartej na sześciu posiłkach przy przygotowaniu, których trzeba spędzić pół dnia w kuchni. Sytuacja wygląda tak: „jem to co jem i inaczej jeść nie mogę”. Brakuje tylko prośby o magiczne zaklęcie, którym będzie można zaczarować jedzenie.

Wbrew pozorom powyższy kazus nie jest sytuacja bez wyjścia, ale niekiedy potrzeba dużo starań podjąć by uzgodnić pewien kompromis. Z własnego doświadczenia powiem, że zdarzało się, że w diecie uwzględniałem nieraz dania z barów szybkiej obsługi, piwo, jabłecznik... Żywieniowi puryści mogliby stwierdzić, że nie ma się czym chwalić, ale ja uważam, że praca dietetyka nie polega na układaniu diet idealnych, które można byłoby oprawiać w ramki i wieszać w muzeum mówiąc: „patrzcie, to jest dopiero dieta, ha – widzieliście? Gość sam to ułożył!” Dieta w praktyce to pewien kompromis pomiędzy tym co idealne, a tym co możliwe do wprowadzenia w danym wypadku. Oczywiście nie jest to też koncert życzeń, trzeba pamiętać, że menu powinno być pełnowartościowe, ale elastyczne podejście do diety jest bardzo przydatne.