Mit „Reverse Diet”

„Reverse diet” to termin, którym określa się rozwiązania żywieniowe wprowadzanie po zakończeniu diety redukcyjnej, które mają na celu „bezpieczne” przywracanie homeostazy, bez ryzyka przyrostu tkanki tłuszczowej. Rozwiązanie to wprowadzane jest wręcz rutynowo przez wielu dietetyków, trenerów, a także osoby samodzielnie bilansujące codzienne menu, okazuje się jednak, że tak popularna i na pierwszy rzut oka dobrze uzasadniona praktyka ma pewne wady, które podważają sens jej wdrażania w życie. O jakich wadach mowa.

Przeczytaj koniecznie:

Jaką dietę wybrać?

Uwarunkowania hormonalne a „reverse diet”

Zmiany w wydzielaniu hormonów będące skutkiem odchudzania mają charakter doraźny w sytuacji, gdy niedobór pokarmu jest krótkotrwały. W sytuacji, w której jednak deficyt zaczyna przedłużać się w czasie i jest znaczący pociągając za sobą drastyczny ubytek masy ciała lub też zwłaszcza – zejście do bardzo niskich poziomów tkanki tłuszczowej, to niektóre zaburzenia mogą mieć charakter długotrwały i trwać jeszcze po zakończeniu redukcji (co m.in sprawia, że po jej zakończeniu łatwiej tyjemy). Ten fakt bywa podnoszony jako argument na rzecz wprowadzenia „reverse diet”. W praktyce jednak równie dobrze może świadczyć przeciwko temu pomysłowi. Już wyjaśniam dlaczego.

Teoretycznie „reverse diet” wprowadza się właśnie dlatego, żeby w okresie kiedy układ hormonalny jest rozregulowany nie spożywać dawki energii, która mogłaby spowodować przyrost tkanki tłuszczowej. Pomyślmy jednak: jaki czynnik odpowiada właśnie za wspomniane powyżej problemy? Nie trzeba długo szukać odpowiedzi, oczywiście czynnikiem sprawczym jest deficyt kaloryczny będący zbyt głęboki lub też utrzymujący się zbyt długi czas. Teraz zastanówmy się, czy z punktu widzenia funkcjonowania układu hormonalnego i ewentualnych jego zaburzeń jakiekolwiek znaczenie ma, że w sytuacji gdy nasz deficyt energetyczny przekracza 1000kcal na dobę dodamy 2 – 5% energii w skali pierwszego tygodnia? Przecież przy podaży 2000kcal na dobę to ledwie 40 – 100kcal różnicy! Przy 1500kcal 30 – 75kcal różnicy, a przy diecie 1000kcal (taką stosują nierzadko panie), 20 – 50kcal!

Przecież dodając kalorii do diety w tak ślimaczym tempie de facto przedłużamy czas ekspozycji organizmu na działanie szkodliwego czynnika jakim jest głęboki deficyt kaloryczny. To trochę tak jakby otyłej osobie zagrożonej cukrzycą i miażdżycą wciągającej w ciągu dnia szklankę cukru (250g) w postaci np. słodzonych napojów byśmy doradzali by ograniczała ich konsumpcję odejmując po jednej łyżeczce (4g) tygodniowo. Owszem, po przeszło roku osoba ta wykluczy sacharozę rafinowaną zupełnie ze swojej diety, ale w ciągu tego czasu pewnie pogłębi problemy zdrowotne.

Nawet jeśli powyższe rozwiązanie finalnie doprowadzi do wykluczenia cukru i poprawy stanu zdrowia to czy można je uznać za optymalne? Odpowiedź brzmi: nie. I podobnie jest z reverse diet. Dlatego warto się zastanowić czy takie praktyki należy polecać rutynowo jaki złoty standard wychodzenia z redukcji.

Podsumowanie

„Reverse diet” to ciekawe rozwiązanie mające zmniejszać ryzyko przyrostu tkanki tłuszczowej po wyjściu z diety redukcyjnej. Nie należy jednak podchodzić do niego bezkrytycznie, gdyż ma pewne wady. Ze względu na fakt, iż w ramach tej strategii bardzo powoli dodaje się energii do diety, przedłuża się w ten sposób niekorzystny wpływ deficytu kalorycznego na organizm. Efektem tego może być pogłębienie nieprawidłowości hormonalnych będących skutkiem długotrwałego lub agresywnego odchudzania.