Odchudzanie po kopenhasku - studium przypadku

Istnieje niezliczona ilość odchudzających diet. Wśród nich są m.in. takie, które okazują się bezowocne, inne są po prostu śmieszne, a jeszcze inne - szkodliwe. W niniejszym artykule chciałbym poświecić chwilę uwagi wymysłowi żywieniowemu, który w niektórych kręgach cieszy się ciągle dużą popularnością, głównie ze względu na to, iż jest szybki i "skuteczny". Cóż, że jego "skuteczność" ma drugie dno, to zazwyczaj ujawnia się po zakończeniu eksperymentu dietetycznego. Dla zobrazowania powyższej zależności posłużę się drobnym "studium przypadku"

Przeczytaj koniecznie:

Z cyklu: najgłupsze metody odchudzające. Część I. Detoksykacja i ocet

Odchudzam się od dziecka…

Kilka tygodni temu trafiła do mnie pani Kasia - dwudziestopięcioletnia, regularnie trenująca kobieta, która nie mogła sobie sama poradzić z nadmierną masą ciała zdobytą po... ekstremalnej kuracji odchudzającej. Jak sama przyznała, od czasu liceum stosowała różne diety odchudzające, zazwyczaj takie, które w swoich założeniach trwały 5 - 10 dni i powodowały ubytek kilku kilogramów. Te kilogramy oczywiście szybko wracały, choć bywały i takie epizody, gdzie wypracowany efekt utrzymywał się... wiele tygodni (to są słowa owej pani, która utrzymanie wypracowanej masy ciała przez miesiąc uważała, za "trwały efekt", nawet jeśli za dwa miesiące znów ważyła tyle samo co przed "dietą".  Generalnie, gdy pojawiał się efekt jo-jo, to polegał on po prostu na "odzyskaniu utraconych kilogramów", bez dodatkowej nawiązki. Tym razem jednak było inaczej.

Tym razem spróbowałam kopenhaskiej…

Dieta kopenhaska nazywana bywa trzynastodniową, gdyż kompleksowo opracowany plan żywieniowy rozłożony jest na niecałe dwa tygodnie i opiera się na zaledwie trzech posiłkach dziennie spożywanych o określonych porach. Chociaż jego założenia są dość restrykcyjne, żeby nie użyć słowa - brutalne, (śniadanie zastępuje zazwyczaj kawa, a po zjedzeniu pozostałych posiłków możemy czuć się równie głodni jak przed ich konsumpcją), to wizja szybkich efektów dla wielu osób stanowi skuteczną motywację do tego by trwać w niedostatku, głodować i kontynuować wyniszczającą kurację. Oczywiście nie wszystkim jest dane wytrwać w założeniach tej diety, wielu śmiałków kończy po kilku dniach w ciepłych objęciach cukierni czy też w ramionach budki z kebabem, ale nie pani Kasia, która nie tylko zrealizowała plan diety co do joty, ale dodatkowo jeszcze w czasie jej stosowania - ćwiczyła. Nie były to może ciężkie treningi z obciążeniem, ale m.in. regularna gra w squasha, basen (bynajmniej nie było to wylegiwanie się w brodziku), ZUMBA. Oczywiście dla osób trenujących CrossFit czy wykonujących regularne treningi z obciążeniem "to nie są treningi", ale patrząc obiektywnie - należy uznać wspomnianą panią za aktywną fizycznie.

Jaki był efekt owych zmagań? Cóż, wspomnianej kobiecie udało się schudnąć niemal 8kg w niespełna 2 tygodnie. Wynik absolutnie rekordowy, zwłaszcza, że problemem tu nie była otyłość a nadwaga. Problem zaczął się jednak po "odstawieniu" diety.

Niekontrolowane łaknienie

Pierwsze niepokojące symptomy pojawiły się już w pierwszym tygodniu od zakończenia eksperymentu żywieniowego. Pani Kasia była tak głodna, że nie była w stanie powstrzymać się od jedzenia. Co gorsza - miała ochotę niemal tylko i wyłącznie na maksymalnie niezdrowe i tuczące pokarmy, nawet na takie, których zwyczajowo nie jadła (kotlet schabowy w grubej panierce z frytkami, kebab, pizza, etc) oraz oczywiście na słodycze. Co gorsza, po konsumpcji posiłku nie było czuć charakterystycznej satysfakcji, która powinna wystąpić. Mówiąc innymi słowy, pani Kasia nawet gdy coś zjadła - dalej czułą się głodna. Jak sama mówiła, mimo iż była pełna, było jej ciężko na przewodzie pokarmowym, ciągle miała na coś ochotę. Zjadła sushi, musiała zamówić lody, zjadła lody, miała ochotę na... piwo.

Ponury bilans pierwszych dwóch tygodni

Nieprzyjemne symptomy szybko zaczęły zbierać tłuszczowe żniwo. W pierwszym tygodniu od zakończenia przygody z dietą kopenhaską wspomniana kobieta przytyła 5kg! Opowiadała, że nie tylko czuła się "gruba", ale także "spuchnięta" (efekt drastycznego zwiększenia spożycia sodu i węglowodanów). Od kolejnego tygodnia postanowiła ćwiczyć więcej, ale... nie miała siły. Nie chodzi o to, że nie dawała rady kondycyjnie, ale nie umiała się zebrać na trening, a jak już się jej udało z jakiegoś dziwnego powodu - odpuszczała. Po 14 dniach, czyli mniej więcej po takim samym czasie jaki trwała dieta przyrost masy ciała wyniósł dokładnie tyle ile udało się schudnąć.