Jak nie przytyć na wakacjach "All inclusive"

Wakacje to dla wielu osób czas „odcinania kuponów” od ciężkiej pracy nad formą, która trwała wiele miesięcy. Z drugiej strony jednak, to także okres, w którym szczególnie łatwo stracić przynajmniej część z wypracowanych efektów, co związane jest z luźną atmosferą panującą podczas urlopowych wyjazdów. Na szczęście, są pewne proste zasady, które pozwalają zminimalizować ryzyko przyrostu tkanki tłuszczowej, bez konieczności głodzenia się i odmawiania sobie wszelkich kulinarnych przyjemności.

Przeczytaj koniecznie:

Suplementy, które pomogą Ci pozbyć się nadmiaru kilogramów

Po pierwsze: zaplanuj liczbę posiłków i nie jedz nic pomiędzy posiłkami

Chociaż może się to wydawać kwestią banalną i zarazem nic nieznaczącą, to rzeczywistość bywa niekiedy prostsza niż można byłoby się spodziewać. Otóż wyznaczenie stałej ilości posiłków może być naprawdę pomocne w minimalizowaniu ryzyka przyrostu tkanki tłuszczowej. Założenie to spełni swoją rolę tylko i wyłącznie wtedy, kiedy pomiędzy posiłkami zachowamy… całkowity post. Wyznaczając stałą liczbę pozycji w menu mamy większą kontrolę nad ilością dostarczanych kalorii. Nawet jeśli w ramach tychże posiłków zjemy sporo, to będzie to i tak stanowczo mniej niż w sytuacji, w której pozwolilibyśmy sobie na dodatkowe przekąski, których niestety nasz mózg często nie rejestruje i które nie tylko nie zaspokajają uczucia głodu, ale niekiedy wręcz prowokują do dalszej konsumpcji.

Osoby, które podjadają pomiędzy posiłkami summa summarum dostarczają zazwyczaj więcej energii z pożywienia niż te, które tego nie robią.

Dobrze jest dodatkowo zaplanować, że posiłków w ciągu dnia będzie niewiele, np. 3 (w ośrodkach wypoczynkowych i hotelach menu jest zazwyczaj trzyposiłkowe) lub góra 4. Być może brzmi to nieprawdopodobnie, ale w praktyce jest tak, że jeśli mamy nieograniczone możliwości doboru ilościowego pokarmów, to dla sylwetki jest lepiej jak jemy rzadziej, w przypadku każdego posiłku bowiem w pewnym momencie konsumpcji pojawia się czerwona lampka, która mówi, że zjedliśmy już naprawdę sporo. To ma niewiele wspólnego z kalorycznością dobowego menu, liczy się jednostkowa konsumpcja. Poza tym jeśli „wytresujemy” nasz organizm, a dokładnie nasze ośrodki w mózgu zajmujące się kontrolą łaknienia, że pokarm dostarczany jest 3 razy dziennie (najlepiej codziennie o podobnych godzinach), to o innych porach sygnały związane z pobudzeniem apetytu nie będą wysyłane.

Jeszcze raz należy podkreślić, że omówiona tutaj zasada sprawdzi się tylko wtedy, jeśli zaplanujemy sobie, iż pomiędzy ustalonymi posiłkami nie sięgamy po żadne przekąski.

Po drugie: zacznij konsumpcję od białka i warzyw

Są takie produkty żywnościowe, po spożyciu których… robimy się jeszcze bardziej głodni, a przynajmniej – tak nam się wydaje, mamy bowiem ochotę na kontynuację konsumpcji. Przykładem jest chociażby białe pieczywo (najlepiej z dodatkiem czegoś tłustego i słonego – może to być masło i wędlina). Dla odmiany są też takie pokarmy, które po prostu sycą – należą do nich mało przetworzone technologicznie produkty białkowe (takie jak choćby grillowane mięso, pieczona lub parowana ryba, jaja), a także - warzywa (najlepiej świeże). Stąd też konsumpcję warto rozpocząć od dania opartego na tych dwóch typach składników.

W przypadku tej części śniadania, obiadu czy też kolacji można sobie założyć zasadę „no limits”, oczywiście pamiętając o tym by nie siłować się ze sobą i nie wpychać w siebie jedzenia na siłę. Kończąc tę cześć posiłku należy czuć, że uczucie głodu zostało zaspokojone (tutaj ważna wzmianka: uczucie głodu i „apetyt na” to nie to samo, po porcji mięsa możemy być najedzeni i zarazem mieć ochotę na coś słodkiego, ale o tym za chwilę). Ustawiając konsumpcję w taki właśnie sposób zmniejszamy ryzyko na istotne przekroczenie bilansu energetycznego, zarówno bowiem białko jak i warzywa pomagają limitować podaż kalorii, a dodatkowo nasilają też termogenezę poposiłkową, która wiąże się z przyspieszeniem metabolizmu.