Zabawne sytuacje z praktyki dietetyka cz. II

O tym, że zawód dietetyka wiąże się z pewną dozą poczucia humoru wiedzą już zapewne wszyscy czytelnicy poprzedniej części niniejszego artykułu, który skądinąd cieszył się skrajnie dużym zainteresowaniem. W tym opracowaniu oczywiście porcja kolejnych „dowcipów”, które pojawiają się w pracy zawodowej specjalistów zajmujących się problematyką żywienia, i które warte są tego by się nimi podzielić.

Przeczytaj koniecznie:

Teflonowe patelnie: wątpliwości, pytania i kontrowersje

Proszę ułożyć mi następującą dietę

Zabawne sytuacje z praktyki dietetyka Cz. I

Oprócz klientów, którzy totalnie nie są zorientowani w kwestii zasad żywienia, zdarzają się też jednostki z „wysokim przygotowaniem merytorycznym”. Osoby te trafiają do dietetyka z gotową receptą na siebie i w zasadzie oczekują jedynie aprobaty. Jest to o tyle zabawne, że przypomina sytuację w której „majster” przychodzi do swojego „ucznia” i instruuje go gdzie i w jaki sposób ma kłaść deski i przybijać gwoździe. I tak oto spotkać się można z prośbami brzmiącymi w następujący sposób:

„Prosiłbym by ułożył mi Pan dietę redukcyjną bo cokolwiek bym nie robił nie mogę pozbyć się brzucha. Moje zapotrzebowanie energetyczne wynosi 3112,5 kcal, zapotrzebowanie na białko 160 g, na tłuszcz 80 g i węglowodany 430 g. W dni treningowe niech deficyt energetyczny wynosi 5%, a w nietreningowe 20%. Proszę obciąć z węglowodanów. Na śniadanie chciałbym jeść owsiankę, na drugie śniadanie pierś z kurczaka z ryżem i brokułami lub ewentualnie tuńczyka z chlebem razowym i pomidorem. Na obiad to samo. Po treningu czysty izolat (chyba że radzi Pan hydrolizat), tak z 30 – 35 g. Na kolację zjadłbym domowe burgery z ciemną bułką, a przed snem kazeinę i 20g masła orzechowego. W weekend na śniadanie i drugie śniadanie poproszę o omlety z 4 jaja, odżywki i 50 g płatków owsianych.”

Taką wiadomość otrzymałem od jednego z klientów. Co istotne, nie był to jedyny przypadek osoby, która już „wszystko wiedziała”, potrzebowała jedynie notariusza by spisać swój pomysł. Cóż, cały dowcip zawarty jest w zasadzie w pierwszym zdaniu. Ów klient ma świadomość tego, że jego pomysły się nie sprawdzają, a mimo to chce wdrożyć kolejną własną receptę na odwieczny problem. W zasadzie nie potrzebuje dietetyka tylko dziennika posiłków. W takich sytuacjach oczywiście wyjaśniam, kto do kogo w jakiej sprawie przychodzi i dlaczego by nie zaczynać współpracy od zamiany ról, ewentualnie pytam czy klient jest zainteresowany opłacaniem abonamentu za moje kiwanie lub kręcenie głową. W praktyce to wystarcza, a po kilku tygodniach współpracy razem śmiejemy się z powyższego dowcipu…

Dlaczego w diecie są „tuczące” produkty?

Dzięki temu, że informacja jest dziś produktem, który trzeba sprzedać, wiele danych pojawiających się w mediach przedstawianych jest w oparciu o retorykę dwuwartościową: albo coś „odchudza” albo „tuczy”. Oczywiście taki sposób wartościowania jest pozbawiony sensu, ale wiele osób kieruje się właśnie takim postrzeganiem żywności. Istnieje przy tym wiele systemów rankingowych, do najpopularniejszych należą:

  • IG i (jak coś ma wysoki indeks glikemiczny to musi tuczyć),
  • kaloryczność (pokarmy o wysokiej kaloryczności tuczą, a niskiej – odchudzają),
  • zawartość tłuszczu (dominuje ciągle pogląd, że tłuste – tuczy),
  • zawartość węglowodanów (sytuacja wygląda dokładnie tak samo jak w przypadku tłuszczu)
  • stopień przetworzenia (jak coś zostało poddane obróbce technologicznej – tuczy i truje),

I tak oto jakiś czas temu pewna Pani zbulwersowała się, że w diecie są owoce, które przecież zawierają cukry, a te – tuczą no i mają „wysoki IG”. Co ciekawe, ta sama Pani broniła dość konsekwentnie ulubionego musli, które w 35% składało się z cukrów dodanych (rafinowanych)...

Najwięcej kontrowersji wiąże się chyba jednak z uwzględnieniem w diecie chleba. Chleb – tuczy, tak mówią obiegowe źródła i wiele osób w to wierzy. Oczywiście nie ma absolutnie obowiązku jedzenia chleba, ale wykluczając go warto używać przekonujących i rzetelnych argumentów. Stwierdzenie „chleb tuczy” takim argumentem nie jest. Co ciekawe osoby, które chleba sobie nie życzą, w tym również otrzymanego z mąki nierafinowanej, chętnie sięgają np. po makaron i to taki zwykły pszenny (co prawda z pszenicy durum, ale oczyszczonej).

„Małżeńska konfidentura”

W kwestii tego, że osoby korzystające z porady dietetyka często „mijają się z prawdą” wiadomo od dawna. Jak duża jest skala tego zjawiska uświadomić sobie można dopiero wtedy gdy przyjmuje się klientów parami. Szczególnie wdzięcznym przykładem są tutaj małżeństwa. Podczas jednego z takich spotkań miałem do czynienia z parą, która nie reagowała na zabiegi żywieniowe. Podczas weryfikacji realizacji założeń diety dopytywałem o ewentualne odstępstwa od diety. W pewnym momencie gdy mąż szedł w zaparte, żona nie wytrzymała i wygarnęła:

- a wiesz, już tego bajdurzenia słuchać się nie da. Czy ty w ogóle słyszysz co mówisz? Przypomnij sobie zeszły tydzień, sobota, mecz w telewizji oglądałeś gdy ja u siostry byłam. Jak wróciłam spałeś jak suseł, a na stole orzeszki, na balkonie pudełko po pizzy i butelki po piwie. W samochodzie też ciągle znajduję puszki po energetykach. I Ty się diety trzymasz?

W takich sytuacjach oczywiście warto lekko rozładować atmosferę wykorzystując zarazem wątek do wytłumaczenia istoty problemu i jego skutków. Zazwyczaj lekko zawstydzony klient staje się bardziej sumienny. Tutaj jednak sytuacja była o tyle ciekawa, że jak się okazało, małżonka też nie była bez winy. Mąż natychmiast odparował: