"Od węgli mnie podlewa"

Gdybyśmy zatrzymali się na chwilę przy obowiązujących zaleceń żywieniowych, to dojść łatwo do wniosku, że dietetyka sportowa opiera się przede wszystkim na węglowodanach. Mimo to, obserwując trendy na forach sportowych i blogach poświęconych przede wszystkim kształtowaniu sylwetki, a także patrząc na praktyki wielu zawodników, można wyraźnie zaobserwować, że tak promowane w świecie nauki "węgle" są w wyraźnej defensywie. Można powiedzieć, że dziś opieranie diety na produktach w nie zasobnych jest.... niemodne!

Przeczytaj koniecznie:

Węglowodany, a uczucie sytości

 

Taubes i spółka

Do rozpropagowania węglowodano-fobii bez wątpienie przyczynił się Gary Taubes, dziennikarz parający się problematyką naukową, który dokonał dość skrupulatnej i mocno krytycznej analizy danych na podstawie, których opierają się obowiązujące zalecenia żywieniowe. Autor przedstawił temat w sposób na tyle przystępny i zarazem dokładny, że jego książki stały się sprzedażowymi hitami. Taubes sugeruje m.in., że za epidemię otyłości odpowiadają stricte węglowodany, podważa przy tym wartość posługiwania się wartością energetyczną i wskazuje na liczne ograniczenia badań naukowych stanowiących rzekomy dowód potwierdzający negatywny wpływ wysokiego spożycia tłuszczu na zdrowie.

Faktycznie przyznać trzeba, że argumenty Garego są ciekawe i mogą wydać się przekonujące. Mało tego, w wielu kwestiach trudno odmówić mu racji, niemniej znamienne jest, iż jako referencje dla prezentowanych poglądów prezentuje często badania charakteryzujące się podobnymi ograniczeniami jak te, które krytykował - o ile wskazywały one na słuszność teorii, z którą polemizował. Co więcej autor, choć niejednokrotnie odnosił się do mechanizmów rządzących ludzką fizjologią by wyjaśnić etiologię otyłości, pomijał przy tym bardzo ważne aspekty. Przykładowo koncentrował się w zasadzie jedynie na insulinie (jako hormonalnym sprawcy otyłości), zapominając o czynnikach takich jak białko stymulujące acylację (ASP), które w sposób niezależny od sekrecji insuliny może przyczyniać się do odkładania tłuszczu zapasowego . Podobnie też autor pomijał wpływ białek na wydzielanie insuliny, tak jakby tylko węglowodany pobudzały wydzielanie wspomnianego hormonu. Niemniej ziarno zostało zasiane i wiele osób uwierzyło, że węglowodany stanowią "szkodliwy" składnik diety oraz, że insulina jest "złym" hormonem odpowiedzialnym z problem nadwagi i otyłości…

Czy sportowcy potrzebują węglowodanów?

Jeśli, ktoś twierdzi, że bez wysokiego spożycia węglowodanów nie da się uprawiać sportu, ten oczywiście jest w grubym błędzie. Istnieje możliwość rozwijania zdolności wysiłkowych i kształtowania sylwetki przy niskim lub nawet bardzo niskim spożyciu węglowodanów, o ile zapewnimy odpowiednią dostępność energii z innych źródeł (tutaj mowa oczywiście o tłuszczu, bo białko jest słabo wydajnym surowcem energetycznym, a etanol ma jeszcze inne ograniczenia). W dietetyce sportowej jednak nie zawsze pytanie "czy jest możliwe" stanowi odpowiednie ujęcie rozpatrywanego zagadnienia. Korzystniej zapytać "czy to rozwiązanie jest optymalne"?

Otóż unikanie węglowodanów przez osoby bardzo aktywne nie jest uznawane za rozwiązanie najlepsze z możliwych. Owszem, zapewne będą przypadki, w których diety niskowęglowodanowe będą dobrze się sprawdzać,  bardzo dobrze lub nawet wyśmienicie, ale mało prawdopodobne jest by stanowiło to absolutną regułę. Tak przynajmniej wskazuje dostępna literatura naukowa oparta na badaniach eksperymentalnych. Choć z drugiej strony przyznać należy, że tłuszcz bywa niedocenianym składnikiem pokarmowym, podobnie jak jego ustrojowe metabolity - ciała ketonowe, które powstają przy bardzo niskim spożyciu węglowodanów. Skądinąd znaleźć można sportowców wyczynowych, którzy stosują diety wysokotłuszczowe i bardzo sobie je chwalą. W dyscyplinach sylwetkowych chyba najczęściej wskazywanym przykładem jest Robert Piotrkowicz.