Zabawne sytuacje z praktyki dietetyka cz. II

O tym, że zawód dietetyka wiąże się z pewną dozą poczucia humoru wiedzą już zapewne wszyscy czytelnicy poprzedniej części niniejszego artykułu, który skądinąd cieszył się skrajnie dużym zainteresowaniem. W tym opracowaniu oczywiście porcja kolejnych „dowcipów”, które pojawiają się w pracy zawodowej specjalistów zajmujących się problematyką żywienia, i które warte są tego by się nimi podzielić.

Przeczytaj koniecznie:

Teflonowe patelnie: wątpliwości, pytania i kontrowersje

 

„a ty to niby taka święta jesteś? Jak do kuchni nie raz cię przyłapałem jak w łapkach jakieś papierki ściskasz bym nie widział, że podżerasz te swoje krówki i inne wynalazki. Do Kryśki też na sałatki nie chodzisz tylko wciągacie sernik do plotek...”

Ulubione jedzenie: sałata…

W ramach wywiadu żywieniowego, zadaję pytania dotyczące nie tylko źle tolerowanych, nielubianych, ale także ulubionych pokarmów. Ten ostatni punk budzi wiele emocji, wspominam bowiem, iż istnieje szansa, że uda się zachować pewne ilości ulubionych produktów żywnościowych w diecie lub stworzyć ich zdrowsze i bardziej wartościowe imitacje. Kliencie wymieniają przy tym rozmaite artykuły żywnościowe, niekiedy jest to czekolada, czasem piwo, bardzo często pieczywo, zdarza się kiełbasa, mięso (ogółem lub jakiś rodzaj), kebab, frytki i wiele innych. Kiedyś jednakże brałem udział w sytuacji szczególnej. Była to potrójna konsultacja, w której uczestniczyli: sześćdziesięcioletni mężczyzna, jego około dwudziestoletnia córka i jej koleżanka w tym samym wieku (w przyjechali w pakiecie z daleka).

Jako pierwszy o ulubiony produkt żywnościowy został zapytany ojciec. Odparł bez wahania: „sałata”! Dodam, że jest to ciekawa sytuacja, nie dość bowiem, że nigdy z taką słabością do sałaty się nie spotkałem, to na dodatek po parametrach antropometrycznych widać było wyraźnie, że w grę wchodzić musi umiłowanie także do innych pokarmów. To jednak nie był koniec zaskakujących przypadków. Jako druga na powyższe pytanie odpowiedziała córka. Kiedy usłyszałem „brokuły”, miałem problem by ukryć zdziwienie. Uznałem głośno, iż słabość do warzyw musi być rodzinna. W tej sytuacji już formalnością była odpowiedź drugiej młodej damy, która oznajmiła, że nie wyobraża sobie życia bez ogórka i pomidora…

Oczywiście oznajmiłem klientom, iż absolutnie nie muszą się martwić, że ulubionych pokarmów zabranie w ułożonej dla nich przeze mnie diecie...

Zabawne sytuacje z praktyki dietetyka Cz. I