Najbardziej oszukańcze terminy związane z fitness – CZĘŚĆ III

W języku polskim szybko przyjmują się kalki, nie byłoby w tym może nic złego – gdyby nie fakt, iż bardzo często podobne zapożyczone zwroty stają się hasłem reklamowym. Nowa terminologia ma po prostu naciągać naiwnych i przyciągać łatwowiernych. W poprzednich odcinkach omówiłem kwestie treningu funkcjonalnego, aerobowego oraz pokrewne zagadnienia. Pora na następną porcję terminów wprowadzających w błąd.


Hasło #5: „nawadnianie, utrata elektrolitów”

Kolejny raz – odwodnienie, utrata elektrolitów ma znaczenie przy wielogodzinnej pracy, w niekorzystnych warunkach – w sportach wytrzymałościowych. Ma to się nijak to trybu życia i treningu przeciętnego, amatorskiego zawodnika. Wniosek? Nie musisz przesadzać z dostarczaniem płynów. Nie zachowuj się tak, jakbyś spędzał godzinę w saunie, to nie ma żadnego uzasadnienia naukowego. Twoim wyborem w trakcie treningu siłowego, interwałowego czy aerobowego może być zwykła woda. Dostarczanie węglowodanów w trakcie treningu siłowego i aerobowego nie ma żadnego znaczenia. Większość ludzi nigdy nie osiągnie choćby wstępnego progu wyczerpania glikogenu – istnieje zbyt dużo źródeł energii pracy dla mięśni. Chcesz? Kupuj izotoniki, węglowodany w żelu czy „dedykowane napoje dla sportowców bogate w witaminy i minerały”. Poćwicz kilka tygodni pijąc samą wodę – porównaj odczucia. Często dodatkowa podaż węglowodanów znajduje swoje miejsce ... w adipocytach (tkanka tłuszczowa).

Hasło #6: „trening na masę”

Masę mięśniową zwiększać mogą treningi interwałowe (co dowiedziono w przypadku osób nieaktywnych fizycznie), trening siłowy oraz hormony (testosteron, estrogen, IGF-1, hormon wzrostu). Ale ... sam trening przynosi niedostateczne efekty, szczególnie po zakończeniu okresu dojrzewania. Największe przyrosty „masy” (w tym mięśniowej) odnotowujesz w tym okresie nie prowadząc żadnego treningu, często przy niedostatecznej diecie (wpływ hormonów). Później hossa się kończy, zaczynają się problemy. Jeżeli, jako dorosły, chcesz budować „masę”, termin „trening masowy” jest gwoździem do trumny. Dlaczego? Gdyż zapominasz o pracy w kuchni. Mięśnie nie urosną od „super ciężkiego treningu”! Ich wzrost zależy od codziennej podaży kalorii, pełnowartościowego jedzenia. Same kalorie też NIC nie znaczą. Liczy się nie ilość, ale jakość. Możesz dostarczać dużą nadwyżkę kaloryczną z kiepskiego pokarmu – zapewne odniesiesz w ten sposób pyrrusowe zwycięstwo – trochę tkanki mięśniowa, ale równie dużo tłuszczu w ciele.

Podsumowując: wzrost „masy mięśniowej” – zależy od odpowiednio dobranej diety. Sam trening siłowy bez wsparcia żywieniowego przynosi umiarkowane lub kiepskie efekty. Nastolatkowi mogą mieć problem z przyrostem „masy” przez bagatelizowanie diety lub zbyt dużą aktywność fizyczną. Mężczyźni z grupy wiekowej: 30-50 lat – z kolei mogą mieć problem z magazynowaniem zbyt dużej ilości tkanki tłuszczowej (zmiany hormonalne związane z wiekiem, zbyt mała aktywność fizyczna poza siłownią). To wszystko sprawia, że dietę oraz trening siłowy należy dobrać indywidualnie. Nie potrafisz? Skonsultuj się ze specjalistą. Zapytaj o niejasne kwestie.

Hasło #7: „spalacz tłuszczu”

Zmiany w kompozycji sylwetki nie zależą od stosowania „spalacza tłuszczu” – a od zmian w diecie oraz unormowaniu układu hormonalnego (np. stan zapalny, nadmiar estrogenów, niedobór testosteronu, duża ilość SHBG, słaba aktywność tarczycy, kortyzolemia). Przy omawianiu hasła nr 3 przytoczyłem badania które mówią, iż sam trening aerobowy przynosi mizerne efekty (nawet prowadzony przez 12 miesięcy!). Dieta okazała się wielokrotnie skuteczniejsza. Pozostaje rozważenie skuteczności preparatów dostępnych w sprzedaży. Większość składników „spalaczy tłuszczu” w badaniach naukowych okazała się mało skuteczna (np. jagody acai, l-karnityna, HCA i Garcinia cambogia, HMB).

Zagadnienie było rozwijane tutaj: http://potreningu.pl/articles/1565/name

Inne składniki aktywne „spalaczy” być może mają działanie na człowieka, ale ... w specyficznych warunkach, przy okresowym stosowaniu lub w większych dawkach (np. kofeina). Z badań wiemy np. iż „red bull” nie sprawdza się w większości prób u sportowców [1]. Dlaczego? Efektywna dawka kofeiny wynosi wg naukowców od 3 do 6 mg na kilogram masy ciała sportowca [2]. „Red Bull” zawiera ledwie 80 mg kofeiny w 1 puszce 250 ml. To o wiele za mała porcja, nawet dla kobiety czy dziecka.  W badaniach nawet 500 ml „red bulla” (160 mg kofeiny) okazało się być zbyt małą dawką. Dla zawodników ważących 100 kg i regularnie stosujących kofeinę efektywna dawka wynosi nawet 500 mg kofeiny (co odpowiada 1,5 litra „red bulla”!)

Podsumowując:  środki, które działają silnie na „spalanie tłuszczu” – zwykle są zakazane ze względu na negatywny wpływ na zdrowie człowieka  (np. wycofana w 2010 roku sibutramina; toksyczne DNP, niebezpieczny clenbuterol) lub inne względy (np. efedryna; obecnie dostępna nielegalnie lub tylko w lekach). Jeżeli myślisz, że „magiczne tabletki” spowodują, że pozbędziesz się „niechcianego balastu” – to niestety organizm nie działa w ten sposób. Lat zaniedbań będziesz pozbywał się przez długie miesiące, ciężkiej pracy.  „Spalanie tłuszczu”? Nie ma skrótów, jest tylko ciężka praca.

Najbardziej oszukańcze terminy związane z fitness. Cz. I

Najbardziej oszukańcze terminy związane z fitness – Cz II

Źródła: RED BULL – BADANIA NAUKOWE http://www.body-factory.pl/showthread.php?t=18284 2. http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2824625/vvv